Nadszedł dzień, w którym Julie wiedziała, że brat już nie zdoła jej się sprzeciwić. Oto siedziała przed żywym dowodem tego, że ojciec żyje, a Voldemort nie został pokonany. Poczuła smak wygranej. Nie mogąc się doczekać zemsty, a zwłaszcza wyrazu twarzy Harry'ego, gdy spojrzy na ogromny prezent wielkości człowieka. A przede wszystkim na list podpisany "Tata". Tryumf zawładnął nią całkowicie, źrenice się rozszerzyły, usta zwęziły, serce ugasiło jeden z ostatnich płomieni nadziei na życie "dobrej Ślizgonki". Łzy wyschły. Nie było żadnego ratunku, a miłość jakby ulotniła się. Chociaż serce zdawało się bić szybciej, tak naprawdę coraz bardziej się rozleniwiało.
Julie ubrana weszła do pokoju wspólnego patrząc na wszystkich z uśmiechem. Nie zdawała sobie sprawy, że właśnie cała gryfońska resztka opuściła jej ciało. Stała się w pełni Ślizgonką. Niby nadal sprawiała wrażenie optymistycznej dwunastolatki, a teraz wszystkie twarzy uśmiechały się do niej milutko jak nigdy wcześniej. Rzadko zdarzał się gest serdeczności w jej stronę, a szczególnie w pokoju wspólnym Ślizgonów. Każdy z chłopaków siedzących na kanapach zdawał się być jej jak brat, a wszystkie dziewczęta były niczym siostry. Dziewczynka usiadła z boku i z troską zaczęła omiatać pomieszczenie wzrokiem. Wkrótce ogarnął ją niepokój. Gdzie podział się Draco? Mimo jego nieobecności, goryle Crabbe i Goyle nadal siedzieli przy kominku. Jeśli wyszedłby normalnie, z pewnością by mu towarzyszyli.
Nagle przypomniała sobie istotny fakt. Przecież Malfoy był tak bardzo miłowany przez rodziców, że z pewnością udał się na święta do domu. Jednak zadziwiająco dużo osób nadal tu zostało, nie to co w Gryffindorze. Czy tam rodzice byli bardziej kochający, czy to dzieci mocniej ciągnęło do domu? Nie mogła pojąć, co było tak pięknego w rodzinnych świętach. Przecież tu, w Hogwarcie wszystko było magiczne, a w tych szarych domkach nie... chyba że tylko Potterowie próbowali zataić magię w domu.
Dziś nie miało być lekcji, więc Julie szybko zaczęła się nudzić. Po godzinie czytania książki Uśmiechnięta śmierć wstała sprzed kominka i z radością spostrzegła, że siostry Angrid patrzą na nią tak, jak nigdy nie wcześniej nie spojrzały. Podeszła do pary blondynek. Obie wydawały się być zadowolone z tego faktu. Pierwsza z nich, Elizabeth miała zielone oczy, była bardzo szczupłą czternastolatką i sprawiała wrażenie niemożliwej do poruszenia. Odezwała się z uśmiechem:
- Julie, widzę że święta działają na ciebie dobrze.
- Tak, nieźle się zaaklimatyzowałam-uśmiechnęła się rudowłosa.
- Cóż, u nas to zwykle trochę zajmuje. Ale gdy już raz przejdziesz ślizgońskie testy, już na zawsze będzie wielbiona przez resztę.
Starsza z sióstr, Amy, była nieco pulchniejsza, a jej oczy miały kolor brązowy. Szóstoklasistka miała wyjątkowo wąskie usta i zadarty nosek.
- Wiesz, ja mogę pomóc ci się tu wpasować, w końcu nadal jesteś nieco zagubiona. Ludzie nie lubili cię przez twoje nazwisko, ale wierzę, że teraz wszystko się zmieni. Pójdziemy razem do Hogsmeade?
- Naprawdę chciałybyście mnie ze sobą zabrać?!-zaczerwieniła się.
- Czemu nie? Przecież jesteś teraz taką Ślizgonką, która jednocześnie się wyróżnia i pasuje. Każdy chce się z tobą przyjaźnić, tak było od początku, choć tego nie dostrzegłaś. A my dwie zawsze walczymy jako pierwsze-rzekła Beth.
Starsza Angrid wyciągnęła rękę i pogłaskała Julie po policzku. Była ciepła i delikatna. Przez moment dziewczynka poczuła się, jakby była przy niej mama. Potrząsnęła głową, aby pozbyć się tego obrazu.
♥
Nie minęło wiele czasu, a uczniowie stali na dziedzińcu przygotowani do podróży. Panował gwar, słychać było podniecone głosy trzecioklasistów, którzy mieli być tam pierwszy raz. Julie wraz z nowymi przyjaciółkami stały za rogiem. Elizabeth nieustannie szukała czegoś w torbie. Wyjmowała różne flakoniki, mikstury, przedmioty i pudełka. Położyła na stole cztery buteleczki: dwie większe i dwie mniejsze. Wlała do nich po kolei różne ilości błękitnego płynu i zaczęła potrząsać.
- Tak w zasadzie, to co robisz?-zagadnęła Julie.
- Beth to mistrzyni eliksirów, ulubiona uczennica Severusa i naprawdę niezła dziewczyna-prychnęła Amy.-Przygotowuje coś, co pomoże ci się z nami dostać do Hogsmeade.
- Jak to? Nie mogę jechać do Hogsmeade z wami tak po prostu?-zaniepokoiła się dziewczynka.
- Nie marudź-mruknęła młodsza.-Spójrz. Przygotowałam miksturę, która uczyni cię totalnie niewidzialną. Gdy zobaczysz, że całą grupą ruszamy w dobrą stronę, wypij zawartość większego flakonu-zaczęła tłumaczyć.-Tak przebędziesz drogę do Hogsmeade. Spotkamy się gdzieś, gdzie po prostu nie ma nauczycieli. Po przebyciu tej trasy powinnaś stać się widzialna. Dwa mniejsze flakoniki masz na wypadek, gdybyś zauważyła jakiegoś profesora. Nie martw się, działają natychmiastowo. Większy flakon masz na drogę powrotną.
- Czy to na pewno bezpieczne? Przecież ja się nie połapię-Julie była wyraźnie zestresowana.
- To proste.
Nie zwracając uwagi na pytania dziewczynki, siostry pobiegły w stronę zbierającej się grupki na dziedzińcu. Julie usłyszała krzyk któregoś z profesorów. Niezbyt wyraźny był ten komunikat, ale zrozumiała, że trzeba już wypić eliksir. Wyciągnęła korek z pierwszego flakonu i zaczęła pić miksturę. Przeszedł ją dreszcz, na moment straciła świadomość i spojrzała w dół. Nie widziała swojego ciała. Tak samo trzymanej w ręce torby. Odłożyła buteleczkę na mur-ta natychmiastowo odzyskała zwykłą postać. Zostawiając flakon, stwierdziła, że już na nic się jej nie przyda i pobiegła za oddalającą się już grupą.
Uśmiechnięta Julie podążała za wszystkimi w miarę szybko. Usłyszała kolejny komunikat i postanowiła odnaleźć w tłumie siostry Angrid. Spostrzegła je szybko, wyróżniały się wysokim wzrostem. Nagle dziewczęta zaczęły oddalać się od większej grupy, a ona za nimi.
Po kilku minutach drogi Julie stwierdziła z przerażeniem, że cierpną jej kończyny. Nagle po raz kolejny tego dnia straciła świadomość i ocknęła się widoczna. Przyspieszyła kroku i doganiając siostry uśmiechnęła się-jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem.
- Jest i nasza mała Ślizgonka-mruknęła Amy.-Już bałyśmy się, że stchórzyłaś... co ja mówię, ty nigdy byś nie zrezygnowała. Beth?
- Mój plan... Najpierw udamy się do Miodowego Królestwa. Pokażemy ci to wszystko, bo to najlepsze miejsce w całej tej wsi. Wejdziemy tajnym przejściem i postaramy się, aby zobaczyło cię jak najmniej osób i żaden nauczyciel. Nakupujemy słodyczy i w spokojnym, odizolowanym miejscu będziemy jeść. W tym czasie Amy uda się do Trzech Mioteł i zamówi nam piwo kremowe na wynos. Spotkamy się w tym miejscu, zjemy, spakujemy zapasy, a potem sprawdzimy kilka innych sklepów. Pamiętaj o tym, że cały czas musisz mieć przy sobie małe flakoniki.
Dziewczynka nie miała wyjścia. Przystała na wszystkie propozycje i teraz musiała szybkim krokiem podążać do Miodowego Królestwa. Razem z Elizabeth zeskoczyły w jakąś dziurę i nawet nie zauważyła, gdy przed nią pojawiło się to. Tysiące paczek różnych słodyczy, zestawów, cukierków, landrynek, czekolad, lizaków...
- Zaczekaj tu. Pójdę kupić słodycze.
Niewiele minęło, a dziewczyna pojawiła się z ogromną torbą pełną po brzegi. Kiedy wychodziły z zamiarem spokojnego zjedzenia wszystkiego...
Szelest. Jakby ktoś wychylił zza któregoś drzewa. Las był przeogromny. Usłyszały krzyk i szept. Zapadła cisza.
Idę czytać :D
OdpowiedzUsuńFajny rozdział:D
OdpowiedzUsuńA zakończenie najlepsze;)Jestem bardzoo ciekawa czyj to krzyk i szept.No i James żyje!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Dobra,to ja czekam na następny :*
Życzę weny!
PS Siostry Angrid są całkiem spoko;)
Dziękuję! :3
UsuńOstatnio mam więcej weny (dlatego rozdział dosyć długi), więc będę pisać.