Gwar na korytarzach ucichł już do minimum. Mało kto teraz wychodził z pokojów wspólnych i dormitoriów. Wszyscy czule żegnali się ze swoimi przyjaciółmi. Za trzy godziny miał wyruszyć pociąg do Londynu, na dworzec King's Cross. Jedni z nich cieszyli się, że wracają do rodziny, a inni rozpaczali na myśl o opuszczeniu przyjaciół.
Kufry stały już ustawione w pokojach wspólnych, a rudowłosa siedziała sama na kanapie.
- Julie?-szturchnęła ją Janette Hoppling z pierwszej klasy i przysiadła się obok.-Dziękuję, że mi pomagałaś, teraz już rozumiem eliksiry.
Julie uśmiechnęła się do jedenastolatki.
- Hej, ludzie-krzyknął Alan Jetson, wysoki piętnastolatek.-Musimy schodzić do Wielkiej Sali.
Miał rację. Za pięć minut miała zacząć się uczta pożegnalna. Wszyscy wstali z miejsc i powoli zaczęli się wytłaczać z pokoju wspólnego. Kiedy dotarli na miejsce, stoły innych domów były już prawie zapełnione. Usiedli na swoich miejscach i czekali, aż nadejdzie przemowa. Wkrótce dyrektor wyszedł na środek sali.
- Witajcie-uśmiechnął się.-Jak widzę, wszyscy są weseli! Dzisiaj żegnacie Hogwart, niektórzy z was już na zawsze... ale zanim zacznę przemawiać... wsuwajcie!
I wszyscy rzucili się na misy pełne potraw.
Po śniadaniu Dumbledore nie powiedział nic interesującego, jedynie pożegnał ich i życzył miłych wakacji, spełnienia marzeń dla absolwentów i tego typu rzeczy.
Ślizgoni wstali prawie całą grupą i poszli do pokoju wspólnego. Tam odbyły się ostatnie pożegnania, a kilkanaście minut później uczniowie stali z kuframi na dziedzińcu.
Nie minęło wiele czasu, zanim uczniowie zaczęli szumnie wtłaczać się do pociągu i szukać przedziałów. Julie zajęła pusty i rozsiadła się wygodnie. Pociąg ruszył.
Zapowiadała się długa, nudna podróż. Gdy dziewczynka kupiła kilka paczek słodyczy, zaczęła zajadać się nimi w samotności. Gdy po kilku minutach drzwi przedziału się rozwarły, stanęli przed nią Harry, Hermiona oraz Ron.
- Cześć-powiedział spokojnie Harry.-Możemy się dosiąść?
- Mhm-mruknęła dziewczynka.
Trójka rozsiadła się w przedziale i zapadło milczenie.
- Julie?-odezwał się czarnowłosy.-Możemy pogadać na osobności?
Dziewczynka wstała. W pociągu huczały śmiechy i krzyki uczniów. Wyszli razem z przedziału i stanęli na korytarzu.
- Wierzę ci-westchnął chłopak.-Widziałem ojca. Przepraszam, że cię oskarżałem o kłamstwa. Ja... widziałem go w pokoju życzeń... przepraszam. To brzmiało tak nierealnie, zdawało mi się bez sensu, żeby on żył-wyjąkał.
Julie wyszczerzyła zęby i westchnęła.
- Nie szkodzi, tata miał rację, w końcu gramy po jednej stronie-powiedziała.
- I co teraz zrobimy?-spytał.
- Nic-mruknęła i przytuliła brata.-Poczekamy na niego.
Chłopak odwzajemnił uścisk i zamknął oczy. Poczuł się tak jak kiedyś-jego mała, kochana siostrzyczka, urocza, dziecinna Julie powróciła.
- Musimy porozmawiać z mamą. Wydaje mi się, że ona coś wie na ten temat-stwierdziła dziewczynka.
Harry przytaknął i weszli znów od przedziału. Hermiona i Ron siedzieli tam zajadając czekoladowe żaby.
- Julie, słuchaj, moglibyśmy się już pogodzić-zaczęła dziewczyna.-Kłótnie nic nam...
- Wszystko jest okej-uśmiechnęła się Julie.-Teraz gramy po tej samej stronie.
Piętnastolatka wytrzeszczyła brązowe oczy i zmarszczyła czoło. Spostrzegła, jak młodsza podaje jej rękę na znak zgody i odwzajemniła gest drżącą dłonią.
Rudowłosa spojrzała na Weasleya, który zapchał sobie usta czekoladą i nie raczył na nią spojrzeć.
- A ty?-spytała.-Grasz z nami czy przeciw nam?
Chłopak westchnął i niepewnie skinął głową. Zasiedli razem w przedziale.
- Nareszcie dobrze-powiedział Harry.-Fasolkę?
- Poproszę-odpowiedziała Julie i wzięła fasolkę z pudełka.-Dawno nie jadłam.
- Dzięki-mruknął Ron. Włożył rękę do środka i chwycił żółtą.
- Ja podziękuję-uśmiechnęła się Hermiona.-Nie mam ochoty.
Przez kilka minut zajadali się ohydnymi fasolkami i zaśmiewali do rozpuku razem z najstarszą towarzyszką. Mimo wszystko Ron nadal był nachmurzny, odpowiadał krótko, zwięźle i opryskliwie, a z własnej inicjatywy nie odezwał się ni jeden raz.
Wkrótce, po godzinie swawoli, która panowała w wagonie, Hermiona podjęła trudny temat.
- Harry, co zamierzacie teraz zrobić? Skoro wiemy, że to wszystko jest prawdą...
- Ehe, naprawdę wierzycie?-nie wytrzymał Weasley.
- Ron!-warknęła dziewczyna.-Myślisz, że Harry sobie to wymyślił?
- Ja jej po prostu... nie ufam.
- Ja naprawdę go widziałem-powiedział Potter.
- Powinieneś się upewnić.
- Przestań już!-krzyknęła Hermiona.-Nie dość ci wszystkich kłótni? Proszę, uwierz, on nadal żyje. Nie rozumiesz tego? Ron... kretynie!
- Okej, słuchaj, Hermiona. Nie chcę się kłócić, ale to jest przecież nierealne, nawet z perspektywy doświadczeń i czasu, przyśniło mu się to i tyle-powiedział rudowłosy.
- SKĄD MOŻESZ WIEDZIEĆ?!-ryknął Harry i wziął głęboki oddech.-Skąd wiesz, co mi się śniło, a co było prawdą?
Weasley zamilkł.
- Dnia bez kłótni nie przeżyjesz-rzuciła Hermiona.
Zapadła cisza.
❤
Minęło kilka godzin. Lasy, które otaczały ich od dłuższego czasu, zaczęły zanikać. Za piętnaście minut mieli wjechać do Londynu i zatrzymać się na King's Cross. Zaczęli dzielić się słodyczami po równo i pakowali bagaż podręczny. Zajęło im to długo, bo wszyscy uczestniczyli w poszukiwaniach "cennej" kuli (kryształowej) Rona. Jak mówiła Hermiona, była to bezużyteczna, mało wiarygodna zabawka, która sprawdzała się równie bardzo, jak przepowiednie Trelawney. Wkrótce, gdy udało im się zabrać bagaże i ściągnąć kufry z pułek, pociąg zatrzymał się na peronie 9 i 3/4. Wstali i zatrzymali się, czekając, aż z pociągu wyjdzie część uczniów. Udało im się wreszcie wyjść z przedziału, przepchali się w tłumie do drzwi i wyskoczyli ze środka, biorąc do płuc wielką ilość zanieczyszczonego londyńskiego powietrza. Harry ujął dłoń siostry i pociągnął za sobą. Tłumy nadal wytłaczały się z wagonów i wkrótce stracili z oczu Rona i Hermionę.
Rodzeństwo na próżno przepychało się między młodymi czarodziejami i ich rodzicami. Nie potrafili dostać się przez nich do matki, którą spostrzegli na samym końcu peronu.
Po kilku minutach wysiłku udało im się przejść i popędzili razem w stronę rudowłosej kobiety ubranej w zwiewną miętową sukienkę. Lily patrzyła na nich z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Cześć, mamo-uśmiechnął się chłopak.
- Ale się stęskniłam!-zawołała kobieta.-Nawet nie macie pojęcia, jak tęskniłam-powiedziała, przytulając rodzeństwo z uśmiechem.
- Witaj, mamo-powiedziała Julie, wtulając się mocniej.
- Chodźcie, musimy już iść. Musicie mi opowiedzieć wszystko.
Poszli więc, rozpędzając się coraz bardziej, a gdy biegli już, podążali w stronę muru. I tak znaleźli się po kolei między peronem dziewiątym a dziesiątym na londyńskim King's Cross. Ich samochód stał zaparkowany nieopodal dworca, więc wsiedli do niego i jak każdy zwyczajny mugol pojechali do domu.
Gdy znaleźli się wreszcie pod ciepłym mieszkaniem, Dolina Godryka była całkowicie pokryta ciemnością. Zaparkowali pod domem i weszli do środka. Lily machnęła różdżką i w kominku rozbłysnęło światło. Mimo że był jeden z ostatnich dni czerwca, wieczór był zimny. Trójka zasiadła razem przy stoliku. Mama machnęła różdżą po raz kolejny i na stole pojawiły się trzy napoje. Przed nią samą wydobywała się para z ciemnego kubka wypełnionego zieloną herbatą z rumiankiem, Harry ściskał już w ręce szklankę schłodzonego mleka, a Julie zabierała się za ciepłe kakao z miodem robione na mleku. Gdy zaczęli wypijać swoje napoje, spędzili na rozmowie o Hogwarcie niespełna godzinę i nadchodziła już dwudziesta trzydzieści.
- Co powiecie na partyjkę jakiejś planszówki?-zagadnęła Lily.
Grali tak w zabawę, która od dzieciństwa sprawiała im przyjemność. Zajęła im ta gra dwie godziny i rzekli, że powinni zająć się tymi przytłaczającymi ich sprawami.
- Mamo, wiedziałaś, że ojciec wciąż żyje?-zaczęła niepewnie dziewczynka.
Lily opróżniła kubek do dna i spojrzała na dzieci z troską.
- Tak-odparła.-Przepraszam, chciałam wam powiedzieć, że gdzieś go widziałam, ale uznalibyście mnie za czubka i przysłalibyście uzdrowiciela ze Świętego Munga-tłumaczyła.-Ojciec pojawil się to dzień przed tym, jak Julie miała po raz pierwszy udać się do Hogwartu. Zmartwiłam się tym wszystkim i stwierdziłam, że nie jest tam już bezpiecznie. Rozmawiałam z Dumbledorem, ale powiedział, że nie mam powodów do obawy, a dzieci dowiedzą się, gdy przyjdzie czas, a James zawsze wybiera dobry moment-opowiadała ze spuszczoną głową.-Dowiedzieliście się, a ja nie mogłam pisać o tym w listach. Byłoby tragedią, gdyby ktoś przechwycił sowę, strażnicy Voldemorta są wszędzie. Nie powinniśmy więc mówić o tym przy ludziach będących jego pupilami, nie mogliśmy mówić o armii Jamesa. Ale ja spotkałam go raptem raz i powiedział mi tylko kilka słów. Chciałam porozmawiać z nim dłużej, chciałam cokolwiek wiedzieć, chciałam, żeby wrócił, ale on był jak hologram. Mówił niewyraźnie i nie chciał słuchać. Musimy po prostu czekać, aż znowu postanowi z nami porozmawiać. A wy? Co się działo?
Rodzeństwo przez długi czas opowiadało o tym wszystkim, co się działo. Udzielali matce wszystkich najmniejszych szczegółów.
Kiedy skończyli swoją opowieść, Lily rozłożyła inną grę planszową. Spędzili przy niej godzinę.
- Teraz two...-zaczęła Julie.
- Stop! Za kilka sekund północ-rzekł Harry.
- I co?
Zegar wybił północ. Mama wstała razem z Harrym i zaczęli śpiewać "sto lat".
- O Boże-wrzasnęła dziewczynka.-Zapomniałam.
Z sufitu posypało się konfetti, a w głośnikach wybuchnęła muzyka. Światła zmieniału kolory co kilka sekund. Lily podbiegła do swojej córki z prezentem.
- Wybiła północ i zaczęła się najpiękniejsza sobota w roku-powiedziała kobieta.-Wszystkiego najlepszego, Julie.
Genialny rozdział, cieszy mnie to, że jest dłuższy od pozostałych ^^
OdpowiedzUsuń