wtorek, 9 sierpnia 2016

Bitwa #18

Czytasz? Skomentuj!



 Rodzeństwo stało do siebie tyłem, a Julie czuła dotyk brata na swojej lewej ręce. Sprawiał wrażenie, jakby w miarę wzrostu przerażenia zaciskał dłoń jeszcze bardziej, ale ona nie była w stanie odczytać jego prawdziwych emocji. Oczywiście wiedziała, że wypełnia go niekończący się strach, ale czy coś poza tym? Nie widziała jego twarzy, jedynie czuła, że drży. Czy Harry jest teraz podekscytowany? Wątpiła w to, wyobraziła sobie jego kamiennie poważną twarz.
- Kici, kici-zaśmiał się śmierciożerca, który stał najdalej.- Kotki takie bezbronne, kotki takie wystraszone!
Reszta grupy ryknęła śmiechem. Piątka zaczęła zataczać wokół nich krąg.
- Czego chcecie?-zapytał chłopak.
- Dzieci Potterów-rozpoczął najniższy mężczyzna. Wydawał się być od Harry'ego niższy.-Biedne, małe dzieciaczki, biedne, bezbronne...
- Czego chcecie?-spytał znowu.
- Was-syknął wysoki, chudy mężczyzna.
- Potter, Potter, Potter!-piszczała kobieta, która mimo maski była dla rodzeństwa rozpoznawalna-to Lestrange pokazywana w każdym wydaniu "Proroka".
- Przysłał was po dwójkę praktycznie bezbronnych dzieciaków?-warknął chłopak.-Nie docenia was... ten wasz Voldemort!
Harry nie zdawał sobie sprawę, że właśnie popełnił wielki błąd. W jednym momencie doskoczyła do niego Bellatrix. Poczuł ukłucie jej zakrzywionej różdżki na piersi, jego oddech przyspieszył, a serce najwyraźniej chciało wyjść na wolność.
- Jak śmiesz?!-wrzasnęła rozwścieczona śmierciożerczyni.-Jak śmiesz wymawiać jego imię?! Jak śmiesz mówić o nim, jakby był tobie równy? Jak śmiesz...
- Bellatrix-przerwał jej mężczyzna o długich blond włosach, które zdawały się Harry'emu znajome.-Odsuń się od chłopaka. Mamy ich oboje dostarczyć żywych i bez różdżek do Czarnego Pana.
- Bez różdżek, powiadacie?-zakpiła Julie.-Takim jest tchórzem?
Reakcja była natychmiastowa-Lestrange doskoczyła do niej i w sekundzie trzymała sztylet przy jej gardle.
- Zostaw ją-wykrzyknął Harry.
- Bella-jęknęła blondynka stojąca z drugiej strony.-Przestań, mamy ich dostarczyć bez szwanku.
- Pozwolisz im plugawić imię Czarnego Pana?!-warknęła kobieta.
- Dostaną swoją karę-powiedział niski, pulchny mężczyzna.
Julie oddychała nierówno. Czuła na szyi chłód noża. Kobieta sapała ciężko, z jej włosów płynął nieprzyjemny zapach. Sztylet drżał, tak samo jak ona cała.
Dziewczynka starała się nie ruszać, ale po kilku sekundach milczenia przeszył ją ostry ból w okolicach przełyku. Chciała krzyknąć, ale nie mogła. Lestrange odsunęła się gwałtownie i odeszła.
- Bellatrix, po co to robisz? Nie mamy robić im krzywdy!
Ale z delikatnej, bladej szyi Julie już kapała delikatnie krew. Przed oczami zaczynała widnieć jej ciemność, ale z całej siły starała się zachować świadomość. Nie może teraz zostawić brata samego... poczuła jego dłoń ściskającą ją za ramię.
- No to co, dzieciaki?-spytał wysoki blondyn.
Harry gorączkowo zastanawiał się, co ma zrobić. Nic nie przychodziło mu do głowy, żaden złoty plan, nic. Postanowił improwizować. Rozejrzał się wokół i zacisnął palce na różdżce. Ich kości poczerwieniały z wysiłku, a wokół zerwał się wiatr. Zrozumiał, że to znak.
- Drętwota!-krzyknął. Bellatrix Lestrange w momencie pada jak mucha... była taka głupia i straciła czujność!
Ale teraz już nie może być tak łatwo. Oni rzucą się do ataku...
- Expelliarmus!-usłyszał cichy głos siostry i zobaczył, jak Lucjusz Malfoy zostaje pozbawiony różdżki i na daremne próbuje złapać ją w powietrzu.
Ogród zapełnił się błyskami, światła ogarnęły to miejsce tak, że oślepienie nie pozwalało rodzeństwu patrzeć na wrogów. Minęło kilka sekund od zaklęcia rudowłosej. Chłopak ścisnął jej rękę, a wtedy rozpoczął się ognisty pokaz. Śmierciożercy z agresją miotali w dom zaklęciami podpalającymi... Julie nie wiedziała, co ma zrobić. Na jej oczach budynek płonął.
- Zostanę tu i zajmę się nimi-szepnął Harry.-A ty spróbuj to ugasić. Skupiają uwagę na podpalaniu, nie zauważą, jeśli się wymkniesz.
Ale dziewczynka nie miała zamiaru uciekać czy zajmować się gaszeniem pożaru. Zerwała się i pobiegła w lewo. Chłopak poczuł, jak jego serce bije gdzieś w okolicach, gdzie nie powinno go w  ogóle być. Rzucił się biegiem w stronę zamaskowanej czwórki (Bellatrix nadal leżała na środku, a Lucjusz odnalazł broń) i zaczął miotać oszałamiaczami na ślepo. Dom płonął, a grupa śmierciożerców zdolnie odbijała jego ataki. Siostra zniknęła mu z oczu i poczuł, że odwaga opuszcza go jak powietrze, gdy ktoś przebija igłą napompowaną piłkę. Wiedział, że tego dnia zostanie schwytany na skraju wyczerpania i zaciągnięty przed oblicze Lorda Voldemorta.
Kiedy tylko Julie udało się umknąć przed bezpośrednim obszarem rażenia zaklęć, znalazła się za rogiem. Ogień rozniecany przez wrogów jeszcze tu nie dotarł. Nie obchodziły ją zbytnio te straty, bo nieporadne gotowanie Lily często wymagało odwracania skutków małych pożarów. Teraz ważniejsze było życie jej brata i matki. Że też nie pomyślała, żeby przyciągnąć tu jej zastygłe ciało! Trudno, do wieczora powinno być już dobrze. O ile uda im się uciec, a to może być trochę ciężkie.
- Aquamenti-mruknęła.
Z różdżki gwałtownie trysnęła woda. Dziewczynka ugasiła krzaki przed sobą i część muru. Schowała się natychmiast za jednym z krzewów. Nasłuchiwała. Krzyki brata nadal były słyszalne, ale czwórka dorosłych śmierciożerców przeciw niespełna piętnastolatkowi? To się nie skończy dobrze. Położyła się przodem na ziemi. Poczuła kłucie ostrej, wysuszonej trawy na nagim brzuchu, ale zignorowała to. Zaczęła niedostrzegalnie przesuwać się w stronę walczącej piątki. Nagle zapadła cisza, a Julie zamarła.
- Potter nie ma różdżki, Potter nie ma różdżki!-piszczała podniecona Lestrange. Jakim cudem teraz tam stoi? Przecież Harry użył Drętwoty...
- Związać go!-warknął Malfoy.
- Gdzie dziewczyna?-spytał głos należący do niskiego, otyłego mężczyzny.
- Narcyzo, zwiąż chłopaka-nakazał Lucjusz.-Reszta: macie znaleźć tą rudą. Ja rozejrzę się tutaj.
Śmierciożercy rozbiegli się po ogrodzie. Julie z przerażeniem stwierdziła, że gęste krzaki nie przykrywają jej z góry. Jeśli tylko przejdzie tędy Bellatrix, Lucjusz lub ten wysoki mężczyzna, którego nie rozpoznała... to koniec. Leżała nieruchomo-była teraz zmuszona czekać, aż stwierdzą, że schowała się gdzie indziej. Bellatrix lustrowała właśnie okolice za furtką, Malfoy obserwował Narcyzę podchodzącą do jej brata... ten wysoki dopiero co poszedł na tyły. Jedyna patrolująca teren osoba zmierzała właśnie w jej stronę. Niski facet rozchylił delikatnie krzaki na wysokości swojej głowy, rzucił okiem na ścianę domu kilkadziesiąt centymetrów nad ciałem dziewczynki i odszedł. Teraz musi czekać, aż któreś z pozostałej na przodzie trójki coś powie. Inaczej nie będzie mogła przeczołgać się bliżej i chybi. Obserwowała zdarzenia z pomiędzy krótkich pieńków-leżała z policzkiem przyciśniętym do gruntu. Harry zdawał się zrozumieć i rzekł:
- Po co Voldemort chce nas widzieć? Nie moglibyście od razu nas zabić?
Dziewczyna zdążyła się przeczołgać o jakieś dwadzieścia centymetrów prawie bezgłośnie. Chciała dostać się jeszcze około dwa metry bliżej.
- Ręce do boku i nawet nie próbuj się wyrywać. Nie uda ci się... ach, pamiętaj, żeby się wygodnie ustawić-zanim dotrzemy do siedziby Czarnego Pana, minie szmat czasu, nie możemy się tam teleportować-Narcyza Malfoy zdawała się nie wykazywać szczerych chęci do więżenia rówieśnika swojego dziecka, ale mimo to wyciągnęła przed siebie grubą linę.
Kolejne pół metra Julie zostawiła za sobą.
- Nawet nie próbowałbym się wyrywać, przecież nie mam różdżki. Niezłe macie te zabezpieczenia, jak w Hogwarcie.
Dwadzieścia ucentymetrów...
- Słyszałem coś-warknął mężczyzna.-Dziewczyna tu jest.
Kobieta związała Harry'ego i rozejrzała się wokół. Lustrowali przód podwórka. Julie przeklnęła w duchu i wyciągnęła przed siebie różdżkę. Słyszała stąpanie po zaschniętej trawie pół metra od siebie. Śniadanie podchodziło jej do gardła, ale najwyraźniej nikt nie wpadł na to, żeby się schylić.
Odwrócili się plecami. To była jej jedyna szansa. Harry chyba rozumiał, że Julie gdzieś tu jest i potrzebuje rozwiać ciszę.
- Jesteście żałośni, przecież dziewczyna nie jest aż tak głupia, żeby zostać tutaj. Usłyszeliście mysz harcującą w trawie i panikujecie.
Zdążyła się delikatnie unieść i wygodniej ułożyć (o ile tą pozycję można było nazywać wygodną). Oparła łydki o ścianę i wyciągnęła ręce bardziej do przodu-to pomoże jej manewrować różdżką lepiej. Była zszokowana, że z tej odległości małżeństwo jeszcze jej nie zauważyło. To dobry znak, pomyślała. Postanowiła, że już nie będzie się przesuwać. To byłoby zbyt niebezpieczne, gdy Malfoyowie już wiedzieli, że tu jest. Wyciągnęła różdżkę do przodu i celując jak najdokładniej w mężczyznę. Jedna szansa-te słowa brzmiały jej w głowie nieustannie.
Jedna szansa.
Jeśli teraz chybi, być może już pożegna się z perspektywą wygranej.
Jedna, jedyna szansa.
- Drętwota-szepnęła, a z jej różdżki wypłynęło światło.
Udało jej się, udało się! Lucjusz pada drętwo na trawę. Narcyza bez zastanowienia klęka przy nim i z oszołomieniem malowanym na kamiennej twarzy dotyka jego policzka.
- Drętwota-szepnęła po raz drugi.
Narcyza zwinnie umknęła przed promieniem. Jak to możliwe, że wciąż nie krzyknęła alarmująco do swoich towarzyszy? Jest w szoku? Boi się? Nie jest śmierciożerczynią z wyboru? Nie widzi bladej, ubrudzonej twarzy pod krzewem?
- Drętwota!-szepnęła dziewczynka po raz trzeci, a jej serce biło coraz szybciej.
Udało się. Kobieta leżała bezwładnie na piersi męża. Julie wyskoczyła z ukrycia i podeszła do brata.
- Jesteś... niesamowita!-szepnął jej do ucha przerażony chłopak.
- Nie ma czasu. Ugaśmy pożar i wchodzimy do domu.
- Jeśli wszystko to ugasimy...
- Nie Harry, nie zrobimy po twojemu. Leżąc pod krzakami przemyślałam wszystko dokładnie-mówiła tak cicho, jak tylko się dało.-Gaś tak, żebyśmy mogli wejść do środka i się tam zamknąć.
Używając Aquamenti udało im się pozbyć płomieni sprzed wejścia, gdzie było najgorzej.
- Idź po mamę, a ja zrobię nam przejście. Już, szybko-szeptała.
Otworzyła drzwi i zaczęła torować drogę zaklęciami. Kiedy udało jej się dostać do środka, ujrzała płonące ściany. Ogień dosłownie pożerał dobytek Potterów. Gasiła płomienie, które jej zagrażały, odsuwała wszystko i robiła miejsce. Szybciej, Harry, oni zaraz tam będą! Bellatrix prawdopodobnie zdążyła zbadać całą Dolinę Godryka! A reszta? Jakim cudem dwójka mężczyzn tak długo przeszukuje niewielki ogródek? Wreszcie pojawił się chłopak i wniósł mamę w bezpieczne miejsce, a następnie zamknął drzwi od środka.
- Idziemy do drugiej części budynku. Stamtąd będziemy wypatrywać ich. Kiedy przestaną wszystko przeszukiwać, wrócą, aby przekazać Malfoyom, że mnie nie ma-tłumaczyła rudowłosa.-Kiedy będą ustawieni w ten sposób, że nie będą mogli nas zobaczyć, postaramy się ich oszołomić. Stąd, z okna. Trafimy, ile trafimy... ale przynajmniej jest szansa, że z przodu zostanie potem tylko Bellatrix, którą we dwójkę pokonamy bez większej ilości problemów.
- Potrzebujecie mnie może?-usłyszeli głos z rogu pokoju.
- Mamo!-Julie podbiegła do niej z uśmiechem.-Wyczekuj Bellatrix, proszę. Po tej stronie domu. I oczywiście, gaś pożar. Kiedy ją zobaczysz, postaraj się oszołomić, ale...
- Julie-przerwała jej kobieta.-Raz dałam się trafić, drugiego razu nie będzie. Idę walczyć z tą su... z Lestrange oczywiście-zaśmiała się nerwowo.-To będzie sprawiedliwy pojedynek. Nie ma ze mną szans.
Rodzeństwo chciało ją powstrzymać, ale cóż... wybiegła z domu jak petarda. Jak głodny zemsty morderca.
- Nie sądzisz, że walka byłaby prostsza?-spytał Harry-Jeśli teraz zaprzepaścimy nasze szanse, ta trójka dopadnie mamę.
- Jak zwykle musi krzyżować mi plany-warknęła Julie z irytacją.-Idziemy. Dwoje na dwóch. Cztery pary oczu.
Wybiegli z domu tylnym wyjściem. Brat zniknął jej z oczu od razu, kryjąc się za drzewem. Dziewczyna pobiegła w przeciwną stronę i rozejrzała się po ogrodzie. Wpadła na genialny plan: nie myśleć. Koniec krycia się, planowania i bzdurnych podchodów! Czas na walkę. Bezmyślne miotanie oszałamiaczami.
Biegła przed siebie, widząc cel przed sobą. Trawa szelściła pod jej stopami i była przekonana, że wysoki mężczyzna ją słyszy, ale ten ani drgnął. Czyżby jednak dane im było wygrać to starcie?
- Drętwota-krzyknęła ile sił w płucach. Czy się udało? Nie, ewidentnie. Zrobił krok w bok!
- Expelliarmus-odkrzyknął, ale jego zaklęcie chybiło o metr.
Julie miała wrażenie, że zapomina inne zaklęcia. Drętwota, drętwota, drętwota!
- DRĘTWOTA!
Znowu uskoczył... cholernie zwinny.
- Sectumsempra!-ryknął głośniej, ale jego zaklęcie chybiło-tym razem tylko o kilka centymetrów.
- Expelliarmus-rzuciła zaklęcie.
Wreszcie! Różdżka wyleciała w górę. I znowu...
- Drętwota!-krzyczała coraz głośniej.
Chybiła! Co się dzieje?
- Drętwota! To nie ma sensu. Skoro już i tak wszystko zniszczone...-Julie powstrzymywała łzy w oczach. Była z tych osób, które każdą porażkę przyjmują dobitniej. Może dlatego, że zazwyczaj była idealna?
- Bombarda maxima!-ryknęła.
Przysłoniła oczy i wpatrywała się w wybuch, przed którym mężczyzna nie zdążył umknąć. Nie wiedziała, dlaczego, ale ciążyło na niej teraz poczucie winy: zniszczyła starannie pielęgnowany ogródek magicznych roślin Lily...
Trudno, wybaczy.
Wypatrzyła Harry'ego walczącego z otyłym facetem na drugim końcu ogrodu. Zobaczyła, jak mężczyzna pada. Zobaczyła błysk w oku brata. Zobaczyła jego łobuzerski uśmiech i skinięcie głowy. Coś wewnątrz szarpnęło ją i kazało biec na przód. Przedarła się przez krzaki i praktycznie równo z Harrym wbiegła na podjazd, gdzie Lily zacięcie walczyła z Bellatrix.
Biegła w ich stronę.
Biegła z bijącym sercem.
Nie zwracała uwagi na gałęzie drapiące jej nogi.
Biegła, chciała jej pomóc.
Biegła.
Przewróciła się na trawę, była już zbyt zmęczona.
Siedząc bezradnie z różdżką w dłoni zobaczyła, jak Lestrange pada na kolana z krzykiem.
- Udało nam się!-ryknął Harry z drugiego końca ogrodu.
- Udało się-szepnęła do siebie.
Podniosła głowę. Chmury zbierały się na niebie. Brat podbiegł i objął ją czule z uśmiechem na twarzy. A Lily? Lily siedziała na trawie śmiejąc się do nieba. Patrzyli na nią, trzymając się za ręce. Ten widok ogrzewał im serca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz