środa, 14 września 2016

Od nowa #19

Czytasz? Skomentuj!

Tego pamiętnego dnia wszystko poszło idealnie, a przynajmniej tak wydawało się rodzinie. Zgodnie z planem (ponieważ żadne z piątki nie ucierpiało poważnie, prócz mężczyzny pokonanego przez dziewczynkę) Lucjusz i Narcyza Malfoyowie oraz Bellatrix i nierozpoznawalni mężczyźni, których pokonało rodzeństwo zostali skrępowani linami, które Potterowie znaleźli w domu. Lily zdążyła powiadomić ministerstwo o zaistniałej sytuacji, a Knot wysłał aurorów, aby zapewnili napastnikom cele w Azkabanie. Reszta wakacji minęła nastolatkom w miarę spokojnie-grali razem w qudditcha, ćwiczyli szachy, odwiedzili Pokątną w celu kupienia potrzebnych rzeczy i przygotowywali kufry.
Tak więc miesiąc później, po przyjemnie spędzonych wakacjach, znów jechali pociągiem do szkoły, która jak żadna inna dawała im nie tylko wiedzę i przyjaźnie, ale też niezapomniane wrażenia. Uświadamiali sobie właśnie, że ich umiejętności to coś pięknego, a bycie czarodziejem jest prawdziwym darem, którego nie można nigdy zmarnować. W pociągu udało im się zawrzeć kilka nowych znajomości z Krukonami i opowiedzieć przyjaciołom o emocjonującym wydarzeniu z początku letniej przerwy. Jak się okazało, cała szkoła wiedziała o zaistniałym zdarzeniu z Proroka Codziennego, który dla odmiany postanowił napisać chwalebną prawdę o rodzinie Potterów i starciu z groźnymi Śmierciożercami.

***

A wkrótce siedzieli w Wielkiej Sali omawiając ze swoimi domami nowe strategie. Julie właśnie nabierała sobie na talerz sporą porcję słodkich przekąsek, których nigdy nie miała dość. A warto wiedzieć, że podczas wakacji znacznie wyszczuplała i wypiękniała. Jej płomienne włosy były coraz dłuższe, sięgały do pasa. Trzynastolatka miała teraz bardziej wyrazistą twarz, nogi niezwykle długie w stosunku do tułowia (była w końcu raczej niewysokiego wzrostu, bo mierzyła jedynie około metra i pięćdziesięciu centymetrów) i bledszą niż inni cerę. Jej piegi wydawały się wyraźniejsze niż w zeszłym roku, nos nieco mniej zadarty, a kąciki ust unosiła teraz w górę codziennie.
Właśnie kończyła porcję waniliowego budyniu, gdy podeszła do niej Amy Angrid-jej dawna przyjaciółka, która teraz była na siódmym roku magicznej edukacji. Z uśmiechem przysiadła się obok, na miejsce Niny z drugiej klasy, która opuściła salę.
- Jak minęły wakacje, Juliet?-spytała zaczepnie.
Dziewczynka nie była przyzwyczajona do swojego pełnego imienia i nie cierpiała, gdy ktoś mówił do niej "Juliet" lub "Julietto". Mimo to uśmiechnęła się pogodnie do starszej koleżanki i odpowiedziała:
- Cóż, zapewne słyszałaś, że dosyć ciekawie. Nie spotyka się na co dzień śmierciożerców, którzy chcą cię zaciągnąć przed oblicze Voldemorta.
- Tak, masz rację, pani Potter-śmieje się.-Swoją drogą... dobre te naleśniki, prawda?
- Przepyszne-przytaknęła Julie z uśmiechem i wróciła do jedzenia. Amy zgarnęła szklankę i zaczęła nalewać sok.
- Hej, Potter-usłyszała szept tuż obok swojego ucha.-I co? Pożałujecie tego. Ty, twoja matka i przede wszystkim twój braciszek.
Malfoy. Draco Malfoy. Syn śmierciożerców. Ciarki przebiegły  jej po plecach.
- Draco, nie wiedziałam, że jesteście tam wszyscy tacy. W tej twojej pseudorodzinie.
Starała się zachować spokój, ale na jego widok cała się trzęsła. Bała się. Bała się, że  on coś jej zrobi. Bała się, że jest tak bezwzględny i podły jak jego rodzice.
- Jeszcze się policzymy-szepnął przez zaciśnięte zęby.

***

Dziewczyna siedziała w bibliotece i szukała idealnych książek na najbliższe wieczory-zaczynała się jesień, więc będzie coraz zimniej. Teraz należy się upewnić, że póki nie ma pracy domowej, będzie miała co robić. Czytać, zajmować się przyjaciółmi i po prostu odpoczywać. Po prostu spać.
Przeszukiwała wszystkie regały, zdejmowała z każdego po jednej książce, ustawiała je na stoliku i wybierała kilka najlepszych. Gdy już miała przedstawić listę wypożyczanych pozycji bibliotekarce, usłyszała swoje imię.
- Julie-mruknął ktoś za jej plecami.
Odwróciła się więc i popatrzyła na wysoką brunetkę w nienagannym mundurku, której długie i nieokiełznane loki opadały swobodnie na ramiona.
- Hermiona Granger-powiedziała rudowłosa wolno, jakby chciała jej przypomnieć, jak się nazywa.
- Owszem-stwierdziła, odgarniając burzę włosów do tyłu i podeszła bliżej dziewczynki.-Jestem już pewna, że ci ufam, ale wystąpił problem. Harry zachowuje się dziwacznie. Wciąż jest rozkojarzony, nie skupia się, nie można z nim porozmawiać normalnie, bo tylko wspomina o wydarzeniu z lipca. Jego wyniki znacznie spadły, McGonagall już wezwała go do swojego gabinetu. Przekroczył granice. Julie, czy ty wiesz, co się stało? Dlaczego on tak się zmienił? Ma spóźnioną reakcję, ciągle tylko leży na podłodze i rozmyśla. Boję się o niego.
- Dlaczego ty się o niego tak o niego martwisz?-spytała dziewczyna ze zdumieniem.-To Harry, dziecko nieszczęścia, które musi się pozbierać po tych wszystkich wydarzeniach, nie rozumiesz?
- Martwię się o niego, bo...-Granger poczerwieniała na twarzy.-Bo jesteśmy przyjaciółmi od pięciu lat.
- Przyjaciółmi?-Julie była zirytowana.-Hermiono, wiem, co on do ciebie czuje.
- Przestań!-krzyknęła na nią, jakby właśnie kogoś obraziła.-Powiedz mi, co mu jest.
- Gdybym ja tylko wiedziała-westchnęła, zebrała książki i podeszła do pani Pince.
Gdy pakowała do torby sześć książek, Gryfonka patrzyła na nią błagająco, jednak Julie tylko pokręciła głową i wyszła.

***

A gdy nadeszły pierwsze treningi quidditcha, Ślizgoni wkładali w ten sport całą swoją siłę i poświęcali wszystkie wolne chwile. Tym razem chcieli, aby wszystko się udało. Mieli zamiar pokonać wszystkie drużyny i zdobyć puchar, a tym samym zwyciężyć turniej domów. W teorii wyglądało to banalnie, jednak praktyka nie była zbyt prosta. Julie jako szukająca miała wiele pracy, ćwiczyła szybkość, taktykę, zmyłki i wiele innych potrzebnych rzeczy. Jadła dwa razy więcej niż wcześniej, jej organizm zdawał się nie nadążać nad codziennymi treningami i wysłuchiwaniem poleceń kapitana drużyny Slytherinu. Męczyła się dużo i prawie w ogóle nie czytała wypożyczonych książek-gdy tylko wracała do siebie, szła spać. To nie było na jej siły. Jak się okazało, pierwszy mecz rozegrają z Gryfonami, a to oznacza, że będzie grać przeciwko swojemu bratu. Starszemu bratu.
No i cóż, jak powiedzieli, tak zrobili-rozgryźli taktykę lwów. Pierwszy mecz odbył się niedługo. Tego dnia panowała piękna pogoda. Nie było na niebie ani jednej chmurki i mimo panującego chłodu słońce świeciło wysoko na niebie. Jesień.
Weszli na miotły. Na znak pani Hooch wzbili się w powietrze i polecieli daleko, okrążając boisko.  Po kilkunastu minutach meczu Ślizgoni prowadzili osiemdziesiąt do pięćdziesięciu. Julie wypatrywała wokół złotego znicza.
Minęło jeszcze kilka minut, gdy dziewczyna zobaczyła błyszczącą piłkę. Zapominając o wszelkich zasadach, które ustanowił Pucey, rzuciła się w przód. Jej miotła zdawała się drżeć z emocji. Leciała do przodu w stronę piłki, która niebezpiecznie zbliżała się na drugą stronę. Coraz bardziej przesuwała się z nadzieją w sercu-to musi się udać. Prowadzimy. Będzie dobrze.
Wtedy usłyszała przed sobą świst. Piłka zniknęła, a zamiast niej w polu widzenia pojawił się Harry. Dlaczego on zawsze musi wygrywać?! Przyspieszyła gwałtownie, próbując go wyminąć, ale chłopak nie dawał za wygraną. Ponownie zauważyła złoty błysk, tym razem po innej stronie i zmieniła kierunek. Jej brat był szybszy. Gdy ona w locie odszukiwała wzrokiem piłkę, Harry już pędził w jej stronę z zawrotną szybkością. Co za porażka. Ponownie odzyskała czarne myśli.
I znowu chłopak pędził, i pędził, i pędził. Palcami musnął piłeczkę, ale nie zdołał jej złapać. Julie po prostu leciała przed siebie, gdy spostrzegła, jak już dosięga znicza.
Rozległ się głos Lee.
"Harry Potter złapał znicz!"
I nagle zrobiło się ciemno. Poczuła, że jej ciało jest lekkie jak piórko, że może latać bez miotły. Puściła ją i usłyszała krzyk, jakby krzyk ojca.
Znowu.
I bezwładnie opadała na dół z wysokości czterdziestu metrów.
A krzyk ciągle brzmiał w jej uszach.
Niczym dzwoneczki.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz