niedziela, 12 marca 2017

Przestroga #20

Czytasz? Skomentuj!

Wokół rozlegał się szum fal. Dziewczyna nie widziała nic, jednak czuła zapach słonej wody i słyszała huk, jakby ta uderzała o klify. Jej umysł nie odczytywał jeszcze nic wokół. Bała się otworzyć oczy, bała się ujrzeć przestrzeń wokół siebie.
Nie pamiętała upadku, choć wiedziała, że opada w dół. Nie poczuła bólu. Czy to już śmierć? A więc śmierć nie boli. Nie boli, choć powinna. Nie należy bać się śmierci, bo gdy pojawia się śmierć, my jej nie odczuwamy. Nie odczuwamy śmierci, nie odczuwamy bólu, nie odczuwamy emocji, nie odczuwamy strachu, nie odczuwamy nic. Boimy się śmierci, gdy jest blisko, ale nie wiemy, gdy już nadejdzie. Ale czy to na pewno śmierć?
Powoli zaczęła dochodzić do siebie. Poczuła zapach, ciepły piasek i nacisk kamieni na kręgosłupie. Oddychała wolno, ale równo. Po chwili poczuła też gorące promienie słońca na skórze. Zamrugała delikatnie i przetarła twarz. Otworzyła oczy, ale obraz nadal rozmazywał jej się, jakby znajdowała się w środku śniegowej kuli. Ujrzała błysk światła nad swoją głową, jakby słońce przygasło i rozbłysnęło ponownie. Dziewczyna czuła osłabienie-jakby stało się coś, co nie mogło się stać... usiadła. Podpierała się rękoma, bo miała wrażenie, że pod ciężarem głowy kręgosłup pęknie na kilkaset kawałków. Kiedy zaczęła rozglądać się wokół, początkowo nic nie zobaczyła. Nadal światło oślepiało ją na tyle, że nic nie widziała.
Wreszcie ujrzała zarys scenerii. Widziała, że leży na piasku, na ciepłym piasku ogrzewanym przez słońce. Czuła na dłoniach odzierające ją kamienie. Wzięła garść piasku i zaczęły przesypywać ją z ręki do ręki, jakby chciała się przekonać, że się nie myli. Westchnęła. Spojrzała przed siebie. Zobaczyła tylko zieleń-nadal wszystkie szczegóły rozmazywały jej się w oczach. Obróciła obolałą głowę i spojrzała na niebo. Coś przysłaniało jej teraz ten idealny błękit-jakby drzewo, ogromne drzewo. Szum fal uderzający o klify... jak to możliwe? Spojrzała za siebie. Wielka przepaść, a za nią idealnie czysta morska toń. Gdzie była? Nie wiedziała tego i nie mogła się dowiedzieć. Spadając z kilkudziesięciu metrów śni o plaży, morzu i urlopach? Koniec tego.
Cóż, najważniejsze jest, aby postarać się dojść do tego, gdzie się znalazła. Po kilku minutach udało jej się wstać na własne nogi. Kiedy rozglądała się wokół, nie kojarzyła nic-które z mórz i oceanów na świecie jest tak idealnie czyste i spokojne? Które z mórz rozpościera się pod wysokimi klifami? Które z oceanów spowija ciągły szum wiatru? Tak, wiatru: odgarnęła włosy z twarzy i wzięła głęboki wdech, aby napawać się czystym powietrzem w tej okolicy. Wiało  jej w twarz tak, że aż do oczu napłynęły łzy. Ale czy to na pewno przez wiatr?  Nie wiedziała tego. Czuła się teraz pusta, samotna... nie przejmowała się w ogóle tym, że cudem musiało być jej pojawienie się tutaj. Podeszła do niebezpiecznego brzegu. Czy to odpowiedzialne? Ziemia jest krucha.
Usiadła tam mimo tego, że bała się opuścić nóg. Wdychała czyste powietrze, wdychała zapach igieł, słonej wody i gorącego piachu. Poza szumem nie było słychać nic-żadnego innego odgłosu. Miała wrażenie, że jest tam od kilku godzin...
— Julie–usłyszała czyjś spokojny głos.
Odwróciła się, nasłuchując, ale nikt nie pojawił się w zasięgu jej wzroku. Rozejrzała się wokół, przeczesując swoje długie, rude włosy palcami.
Zza jej pleców rozległ się szelest. Kiedy spojrzała za siebie, ujrzała wreszcie wysokiego mężczyznę.
Zerwała się z miejsca, potykając się o własne nogi i pobiegła w jego stronę.
— Tato!–pisnęła z radością, rzucając mu się na szyję.
— Julie-uśmiechnął się.–Mam dla ciebie sporo ważnych wiadomości.
— Coś się stało?-spytała.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie. Widziała, jak bardzo się spiął.
— Proszę cię tylko o jedno, córeczko. Nie przejmuj się za bardzo. Sytuacja jest poważna, ale nie możemy po prostu odebrać ci dzieciństwa–mówił cicho.-A więc... musisz wiedzieć, że mama jest teraz w Świętym Mungu.
Źrenice nastolatki zwęziły się natychmiastowo. Już chciała otwierać usta, gdy ojciec kontynuował.
— To nic poważnego, wyzdrowieje niedługo, ale bardziej istotne jest to, jak to się stało.–Wypuścił głośno powietrze z ust.–Nasza organizacja została wykryta przez ministerstwo. Knot już wie, że spiskujemy i sądzi, że chcemy pozbawić go stanowiska...
— Przecież to chore!-wybuchnęła.–Nie zna prawdy, nie może was oceniać!
— Wiem, Julie–mruknął.–Ludzie z ministerstwa otoczyli nasze zebranie. Myśleli, że sprawczynią całego tego zdarzenia jest Lily. Rzucili się na nią. Zabrali ją. Musiałem jechać do Londynu i wszystko wyjaśnić, udowodnić, że ja założyłem organizację. Próbowałem im wmówić, że organizacja ma na celu charytatywną pomoc skrzywdzonym przez Śmierciożerców...
— Boże złoty, jakie to głupie–jęknęła dziewczynka.
James zrobił kwaśną minę i tylko potaknął.
— Julie, miejcie się na baczności. Mówię to tobie, bo ufam ci bardziej niż Harry'emu. On jest zbyt delikatny na takie informacje. A ty masz na tyle wyobraźni, żeby zrozumieć. I mam do ciebie prośbę. Nie mieszajcie się w to. Macie się trzymać razem i nie robić ryzykownych rzeczy. Nie próbujcie nam pomagać.
Nie zamierzali. Ale teraz w głowie dziewczynki zrodził się nowy pomysł. Mimo to potaknęła.
— Tato... tak właściwie to jak ja się tutaj znalazłam?
— Moje sztuczki są niesamowite, prawda?–uśmiechnął się.–Dowiesz się w swoim czasie. Teraz przywrócę cię do rzeczywistości. A, właśnie. Prawdopodobnie przewożą cię teraz nieprzytomną do pani Pomfrey, ale nie martw się, mam swoje sposoby na wyleczenie cię.
Rudowłosa nie rozumiała nic, tylko patrzyła zdziwiona na mężczyznę. Czemu nie skontaktował się z nią, gdy spała? Chyba jednak wolała o tym nie myśleć.
— Żegnaj, Julie.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nagle widok rozpłynął się jej przed oczami. Usłyszała rozemocjonowane głosy, a gdy udało jej się podnieść powieki, zobaczyła koło rozradowanych na widok jej tęczówek osób. Harry, Amy, Elizabeth, Hermiona Granger, a nawet... nie, to niemożliwe. Draco Malfoy. Gdy zaczęli ją witać, uśmiechnęła się nieznacznie.
— Chciałabym zostać sama z Harrym.
Uśmiechy zniknęły z twarzy przyjaciół i Dracona (którego niewątpliwie do tej grupy nie zaliczała). Zaczęli zbierać swoje rzeczy, wrzucać je do toreb i poprawiać kostiumy, po czym ruszyli w stronę drzwi. Kiedy wyszli, spoważniała.
— Mamy zadanie, braciszku. Zaczyna się czas rebelii.




środa, 14 września 2016

Od nowa #19

Czytasz? Skomentuj!

Tego pamiętnego dnia wszystko poszło idealnie, a przynajmniej tak wydawało się rodzinie. Zgodnie z planem (ponieważ żadne z piątki nie ucierpiało poważnie, prócz mężczyzny pokonanego przez dziewczynkę) Lucjusz i Narcyza Malfoyowie oraz Bellatrix i nierozpoznawalni mężczyźni, których pokonało rodzeństwo zostali skrępowani linami, które Potterowie znaleźli w domu. Lily zdążyła powiadomić ministerstwo o zaistniałej sytuacji, a Knot wysłał aurorów, aby zapewnili napastnikom cele w Azkabanie. Reszta wakacji minęła nastolatkom w miarę spokojnie-grali razem w qudditcha, ćwiczyli szachy, odwiedzili Pokątną w celu kupienia potrzebnych rzeczy i przygotowywali kufry.
Tak więc miesiąc później, po przyjemnie spędzonych wakacjach, znów jechali pociągiem do szkoły, która jak żadna inna dawała im nie tylko wiedzę i przyjaźnie, ale też niezapomniane wrażenia. Uświadamiali sobie właśnie, że ich umiejętności to coś pięknego, a bycie czarodziejem jest prawdziwym darem, którego nie można nigdy zmarnować. W pociągu udało im się zawrzeć kilka nowych znajomości z Krukonami i opowiedzieć przyjaciołom o emocjonującym wydarzeniu z początku letniej przerwy. Jak się okazało, cała szkoła wiedziała o zaistniałym zdarzeniu z Proroka Codziennego, który dla odmiany postanowił napisać chwalebną prawdę o rodzinie Potterów i starciu z groźnymi Śmierciożercami.

***

A wkrótce siedzieli w Wielkiej Sali omawiając ze swoimi domami nowe strategie. Julie właśnie nabierała sobie na talerz sporą porcję słodkich przekąsek, których nigdy nie miała dość. A warto wiedzieć, że podczas wakacji znacznie wyszczuplała i wypiękniała. Jej płomienne włosy były coraz dłuższe, sięgały do pasa. Trzynastolatka miała teraz bardziej wyrazistą twarz, nogi niezwykle długie w stosunku do tułowia (była w końcu raczej niewysokiego wzrostu, bo mierzyła jedynie około metra i pięćdziesięciu centymetrów) i bledszą niż inni cerę. Jej piegi wydawały się wyraźniejsze niż w zeszłym roku, nos nieco mniej zadarty, a kąciki ust unosiła teraz w górę codziennie.
Właśnie kończyła porcję waniliowego budyniu, gdy podeszła do niej Amy Angrid-jej dawna przyjaciółka, która teraz była na siódmym roku magicznej edukacji. Z uśmiechem przysiadła się obok, na miejsce Niny z drugiej klasy, która opuściła salę.
- Jak minęły wakacje, Juliet?-spytała zaczepnie.
Dziewczynka nie była przyzwyczajona do swojego pełnego imienia i nie cierpiała, gdy ktoś mówił do niej "Juliet" lub "Julietto". Mimo to uśmiechnęła się pogodnie do starszej koleżanki i odpowiedziała:
- Cóż, zapewne słyszałaś, że dosyć ciekawie. Nie spotyka się na co dzień śmierciożerców, którzy chcą cię zaciągnąć przed oblicze Voldemorta.
- Tak, masz rację, pani Potter-śmieje się.-Swoją drogą... dobre te naleśniki, prawda?
- Przepyszne-przytaknęła Julie z uśmiechem i wróciła do jedzenia. Amy zgarnęła szklankę i zaczęła nalewać sok.
- Hej, Potter-usłyszała szept tuż obok swojego ucha.-I co? Pożałujecie tego. Ty, twoja matka i przede wszystkim twój braciszek.
Malfoy. Draco Malfoy. Syn śmierciożerców. Ciarki przebiegły  jej po plecach.
- Draco, nie wiedziałam, że jesteście tam wszyscy tacy. W tej twojej pseudorodzinie.
Starała się zachować spokój, ale na jego widok cała się trzęsła. Bała się. Bała się, że  on coś jej zrobi. Bała się, że jest tak bezwzględny i podły jak jego rodzice.
- Jeszcze się policzymy-szepnął przez zaciśnięte zęby.

***

Dziewczyna siedziała w bibliotece i szukała idealnych książek na najbliższe wieczory-zaczynała się jesień, więc będzie coraz zimniej. Teraz należy się upewnić, że póki nie ma pracy domowej, będzie miała co robić. Czytać, zajmować się przyjaciółmi i po prostu odpoczywać. Po prostu spać.
Przeszukiwała wszystkie regały, zdejmowała z każdego po jednej książce, ustawiała je na stoliku i wybierała kilka najlepszych. Gdy już miała przedstawić listę wypożyczanych pozycji bibliotekarce, usłyszała swoje imię.
- Julie-mruknął ktoś za jej plecami.
Odwróciła się więc i popatrzyła na wysoką brunetkę w nienagannym mundurku, której długie i nieokiełznane loki opadały swobodnie na ramiona.
- Hermiona Granger-powiedziała rudowłosa wolno, jakby chciała jej przypomnieć, jak się nazywa.
- Owszem-stwierdziła, odgarniając burzę włosów do tyłu i podeszła bliżej dziewczynki.-Jestem już pewna, że ci ufam, ale wystąpił problem. Harry zachowuje się dziwacznie. Wciąż jest rozkojarzony, nie skupia się, nie można z nim porozmawiać normalnie, bo tylko wspomina o wydarzeniu z lipca. Jego wyniki znacznie spadły, McGonagall już wezwała go do swojego gabinetu. Przekroczył granice. Julie, czy ty wiesz, co się stało? Dlaczego on tak się zmienił? Ma spóźnioną reakcję, ciągle tylko leży na podłodze i rozmyśla. Boję się o niego.
- Dlaczego ty się o niego tak o niego martwisz?-spytała dziewczyna ze zdumieniem.-To Harry, dziecko nieszczęścia, które musi się pozbierać po tych wszystkich wydarzeniach, nie rozumiesz?
- Martwię się o niego, bo...-Granger poczerwieniała na twarzy.-Bo jesteśmy przyjaciółmi od pięciu lat.
- Przyjaciółmi?-Julie była zirytowana.-Hermiono, wiem, co on do ciebie czuje.
- Przestań!-krzyknęła na nią, jakby właśnie kogoś obraziła.-Powiedz mi, co mu jest.
- Gdybym ja tylko wiedziała-westchnęła, zebrała książki i podeszła do pani Pince.
Gdy pakowała do torby sześć książek, Gryfonka patrzyła na nią błagająco, jednak Julie tylko pokręciła głową i wyszła.

***

A gdy nadeszły pierwsze treningi quidditcha, Ślizgoni wkładali w ten sport całą swoją siłę i poświęcali wszystkie wolne chwile. Tym razem chcieli, aby wszystko się udało. Mieli zamiar pokonać wszystkie drużyny i zdobyć puchar, a tym samym zwyciężyć turniej domów. W teorii wyglądało to banalnie, jednak praktyka nie była zbyt prosta. Julie jako szukająca miała wiele pracy, ćwiczyła szybkość, taktykę, zmyłki i wiele innych potrzebnych rzeczy. Jadła dwa razy więcej niż wcześniej, jej organizm zdawał się nie nadążać nad codziennymi treningami i wysłuchiwaniem poleceń kapitana drużyny Slytherinu. Męczyła się dużo i prawie w ogóle nie czytała wypożyczonych książek-gdy tylko wracała do siebie, szła spać. To nie było na jej siły. Jak się okazało, pierwszy mecz rozegrają z Gryfonami, a to oznacza, że będzie grać przeciwko swojemu bratu. Starszemu bratu.
No i cóż, jak powiedzieli, tak zrobili-rozgryźli taktykę lwów. Pierwszy mecz odbył się niedługo. Tego dnia panowała piękna pogoda. Nie było na niebie ani jednej chmurki i mimo panującego chłodu słońce świeciło wysoko na niebie. Jesień.
Weszli na miotły. Na znak pani Hooch wzbili się w powietrze i polecieli daleko, okrążając boisko.  Po kilkunastu minutach meczu Ślizgoni prowadzili osiemdziesiąt do pięćdziesięciu. Julie wypatrywała wokół złotego znicza.
Minęło jeszcze kilka minut, gdy dziewczyna zobaczyła błyszczącą piłkę. Zapominając o wszelkich zasadach, które ustanowił Pucey, rzuciła się w przód. Jej miotła zdawała się drżeć z emocji. Leciała do przodu w stronę piłki, która niebezpiecznie zbliżała się na drugą stronę. Coraz bardziej przesuwała się z nadzieją w sercu-to musi się udać. Prowadzimy. Będzie dobrze.
Wtedy usłyszała przed sobą świst. Piłka zniknęła, a zamiast niej w polu widzenia pojawił się Harry. Dlaczego on zawsze musi wygrywać?! Przyspieszyła gwałtownie, próbując go wyminąć, ale chłopak nie dawał za wygraną. Ponownie zauważyła złoty błysk, tym razem po innej stronie i zmieniła kierunek. Jej brat był szybszy. Gdy ona w locie odszukiwała wzrokiem piłkę, Harry już pędził w jej stronę z zawrotną szybkością. Co za porażka. Ponownie odzyskała czarne myśli.
I znowu chłopak pędził, i pędził, i pędził. Palcami musnął piłeczkę, ale nie zdołał jej złapać. Julie po prostu leciała przed siebie, gdy spostrzegła, jak już dosięga znicza.
Rozległ się głos Lee.
"Harry Potter złapał znicz!"
I nagle zrobiło się ciemno. Poczuła, że jej ciało jest lekkie jak piórko, że może latać bez miotły. Puściła ją i usłyszała krzyk, jakby krzyk ojca.
Znowu.
I bezwładnie opadała na dół z wysokości czterdziestu metrów.
A krzyk ciągle brzmiał w jej uszach.
Niczym dzwoneczki.



wtorek, 9 sierpnia 2016

Bitwa #18

Czytasz? Skomentuj!



 Rodzeństwo stało do siebie tyłem, a Julie czuła dotyk brata na swojej lewej ręce. Sprawiał wrażenie, jakby w miarę wzrostu przerażenia zaciskał dłoń jeszcze bardziej, ale ona nie była w stanie odczytać jego prawdziwych emocji. Oczywiście wiedziała, że wypełnia go niekończący się strach, ale czy coś poza tym? Nie widziała jego twarzy, jedynie czuła, że drży. Czy Harry jest teraz podekscytowany? Wątpiła w to, wyobraziła sobie jego kamiennie poważną twarz.
- Kici, kici-zaśmiał się śmierciożerca, który stał najdalej.- Kotki takie bezbronne, kotki takie wystraszone!
Reszta grupy ryknęła śmiechem. Piątka zaczęła zataczać wokół nich krąg.
- Czego chcecie?-zapytał chłopak.
- Dzieci Potterów-rozpoczął najniższy mężczyzna. Wydawał się być od Harry'ego niższy.-Biedne, małe dzieciaczki, biedne, bezbronne...
- Czego chcecie?-spytał znowu.
- Was-syknął wysoki, chudy mężczyzna.
- Potter, Potter, Potter!-piszczała kobieta, która mimo maski była dla rodzeństwa rozpoznawalna-to Lestrange pokazywana w każdym wydaniu "Proroka".
- Przysłał was po dwójkę praktycznie bezbronnych dzieciaków?-warknął chłopak.-Nie docenia was... ten wasz Voldemort!
Harry nie zdawał sobie sprawę, że właśnie popełnił wielki błąd. W jednym momencie doskoczyła do niego Bellatrix. Poczuł ukłucie jej zakrzywionej różdżki na piersi, jego oddech przyspieszył, a serce najwyraźniej chciało wyjść na wolność.
- Jak śmiesz?!-wrzasnęła rozwścieczona śmierciożerczyni.-Jak śmiesz wymawiać jego imię?! Jak śmiesz mówić o nim, jakby był tobie równy? Jak śmiesz...
- Bellatrix-przerwał jej mężczyzna o długich blond włosach, które zdawały się Harry'emu znajome.-Odsuń się od chłopaka. Mamy ich oboje dostarczyć żywych i bez różdżek do Czarnego Pana.
- Bez różdżek, powiadacie?-zakpiła Julie.-Takim jest tchórzem?
Reakcja była natychmiastowa-Lestrange doskoczyła do niej i w sekundzie trzymała sztylet przy jej gardle.
- Zostaw ją-wykrzyknął Harry.
- Bella-jęknęła blondynka stojąca z drugiej strony.-Przestań, mamy ich dostarczyć bez szwanku.
- Pozwolisz im plugawić imię Czarnego Pana?!-warknęła kobieta.
- Dostaną swoją karę-powiedział niski, pulchny mężczyzna.
Julie oddychała nierówno. Czuła na szyi chłód noża. Kobieta sapała ciężko, z jej włosów płynął nieprzyjemny zapach. Sztylet drżał, tak samo jak ona cała.
Dziewczynka starała się nie ruszać, ale po kilku sekundach milczenia przeszył ją ostry ból w okolicach przełyku. Chciała krzyknąć, ale nie mogła. Lestrange odsunęła się gwałtownie i odeszła.
- Bellatrix, po co to robisz? Nie mamy robić im krzywdy!
Ale z delikatnej, bladej szyi Julie już kapała delikatnie krew. Przed oczami zaczynała widnieć jej ciemność, ale z całej siły starała się zachować świadomość. Nie może teraz zostawić brata samego... poczuła jego dłoń ściskającą ją za ramię.
- No to co, dzieciaki?-spytał wysoki blondyn.
Harry gorączkowo zastanawiał się, co ma zrobić. Nic nie przychodziło mu do głowy, żaden złoty plan, nic. Postanowił improwizować. Rozejrzał się wokół i zacisnął palce na różdżce. Ich kości poczerwieniały z wysiłku, a wokół zerwał się wiatr. Zrozumiał, że to znak.
- Drętwota!-krzyknął. Bellatrix Lestrange w momencie pada jak mucha... była taka głupia i straciła czujność!
Ale teraz już nie może być tak łatwo. Oni rzucą się do ataku...
- Expelliarmus!-usłyszał cichy głos siostry i zobaczył, jak Lucjusz Malfoy zostaje pozbawiony różdżki i na daremne próbuje złapać ją w powietrzu.
Ogród zapełnił się błyskami, światła ogarnęły to miejsce tak, że oślepienie nie pozwalało rodzeństwu patrzeć na wrogów. Minęło kilka sekund od zaklęcia rudowłosej. Chłopak ścisnął jej rękę, a wtedy rozpoczął się ognisty pokaz. Śmierciożercy z agresją miotali w dom zaklęciami podpalającymi... Julie nie wiedziała, co ma zrobić. Na jej oczach budynek płonął.
- Zostanę tu i zajmę się nimi-szepnął Harry.-A ty spróbuj to ugasić. Skupiają uwagę na podpalaniu, nie zauważą, jeśli się wymkniesz.
Ale dziewczynka nie miała zamiaru uciekać czy zajmować się gaszeniem pożaru. Zerwała się i pobiegła w lewo. Chłopak poczuł, jak jego serce bije gdzieś w okolicach, gdzie nie powinno go w  ogóle być. Rzucił się biegiem w stronę zamaskowanej czwórki (Bellatrix nadal leżała na środku, a Lucjusz odnalazł broń) i zaczął miotać oszałamiaczami na ślepo. Dom płonął, a grupa śmierciożerców zdolnie odbijała jego ataki. Siostra zniknęła mu z oczu i poczuł, że odwaga opuszcza go jak powietrze, gdy ktoś przebija igłą napompowaną piłkę. Wiedział, że tego dnia zostanie schwytany na skraju wyczerpania i zaciągnięty przed oblicze Lorda Voldemorta.
Kiedy tylko Julie udało się umknąć przed bezpośrednim obszarem rażenia zaklęć, znalazła się za rogiem. Ogień rozniecany przez wrogów jeszcze tu nie dotarł. Nie obchodziły ją zbytnio te straty, bo nieporadne gotowanie Lily często wymagało odwracania skutków małych pożarów. Teraz ważniejsze było życie jej brata i matki. Że też nie pomyślała, żeby przyciągnąć tu jej zastygłe ciało! Trudno, do wieczora powinno być już dobrze. O ile uda im się uciec, a to może być trochę ciężkie.
- Aquamenti-mruknęła.
Z różdżki gwałtownie trysnęła woda. Dziewczynka ugasiła krzaki przed sobą i część muru. Schowała się natychmiast za jednym z krzewów. Nasłuchiwała. Krzyki brata nadal były słyszalne, ale czwórka dorosłych śmierciożerców przeciw niespełna piętnastolatkowi? To się nie skończy dobrze. Położyła się przodem na ziemi. Poczuła kłucie ostrej, wysuszonej trawy na nagim brzuchu, ale zignorowała to. Zaczęła niedostrzegalnie przesuwać się w stronę walczącej piątki. Nagle zapadła cisza, a Julie zamarła.
- Potter nie ma różdżki, Potter nie ma różdżki!-piszczała podniecona Lestrange. Jakim cudem teraz tam stoi? Przecież Harry użył Drętwoty...
- Związać go!-warknął Malfoy.
- Gdzie dziewczyna?-spytał głos należący do niskiego, otyłego mężczyzny.
- Narcyzo, zwiąż chłopaka-nakazał Lucjusz.-Reszta: macie znaleźć tą rudą. Ja rozejrzę się tutaj.
Śmierciożercy rozbiegli się po ogrodzie. Julie z przerażeniem stwierdziła, że gęste krzaki nie przykrywają jej z góry. Jeśli tylko przejdzie tędy Bellatrix, Lucjusz lub ten wysoki mężczyzna, którego nie rozpoznała... to koniec. Leżała nieruchomo-była teraz zmuszona czekać, aż stwierdzą, że schowała się gdzie indziej. Bellatrix lustrowała właśnie okolice za furtką, Malfoy obserwował Narcyzę podchodzącą do jej brata... ten wysoki dopiero co poszedł na tyły. Jedyna patrolująca teren osoba zmierzała właśnie w jej stronę. Niski facet rozchylił delikatnie krzaki na wysokości swojej głowy, rzucił okiem na ścianę domu kilkadziesiąt centymetrów nad ciałem dziewczynki i odszedł. Teraz musi czekać, aż któreś z pozostałej na przodzie trójki coś powie. Inaczej nie będzie mogła przeczołgać się bliżej i chybi. Obserwowała zdarzenia z pomiędzy krótkich pieńków-leżała z policzkiem przyciśniętym do gruntu. Harry zdawał się zrozumieć i rzekł:
- Po co Voldemort chce nas widzieć? Nie moglibyście od razu nas zabić?
Dziewczyna zdążyła się przeczołgać o jakieś dwadzieścia centymetrów prawie bezgłośnie. Chciała dostać się jeszcze około dwa metry bliżej.
- Ręce do boku i nawet nie próbuj się wyrywać. Nie uda ci się... ach, pamiętaj, żeby się wygodnie ustawić-zanim dotrzemy do siedziby Czarnego Pana, minie szmat czasu, nie możemy się tam teleportować-Narcyza Malfoy zdawała się nie wykazywać szczerych chęci do więżenia rówieśnika swojego dziecka, ale mimo to wyciągnęła przed siebie grubą linę.
Kolejne pół metra Julie zostawiła za sobą.
- Nawet nie próbowałbym się wyrywać, przecież nie mam różdżki. Niezłe macie te zabezpieczenia, jak w Hogwarcie.
Dwadzieścia ucentymetrów...
- Słyszałem coś-warknął mężczyzna.-Dziewczyna tu jest.
Kobieta związała Harry'ego i rozejrzała się wokół. Lustrowali przód podwórka. Julie przeklnęła w duchu i wyciągnęła przed siebie różdżkę. Słyszała stąpanie po zaschniętej trawie pół metra od siebie. Śniadanie podchodziło jej do gardła, ale najwyraźniej nikt nie wpadł na to, żeby się schylić.
Odwrócili się plecami. To była jej jedyna szansa. Harry chyba rozumiał, że Julie gdzieś tu jest i potrzebuje rozwiać ciszę.
- Jesteście żałośni, przecież dziewczyna nie jest aż tak głupia, żeby zostać tutaj. Usłyszeliście mysz harcującą w trawie i panikujecie.
Zdążyła się delikatnie unieść i wygodniej ułożyć (o ile tą pozycję można było nazywać wygodną). Oparła łydki o ścianę i wyciągnęła ręce bardziej do przodu-to pomoże jej manewrować różdżką lepiej. Była zszokowana, że z tej odległości małżeństwo jeszcze jej nie zauważyło. To dobry znak, pomyślała. Postanowiła, że już nie będzie się przesuwać. To byłoby zbyt niebezpieczne, gdy Malfoyowie już wiedzieli, że tu jest. Wyciągnęła różdżkę do przodu i celując jak najdokładniej w mężczyznę. Jedna szansa-te słowa brzmiały jej w głowie nieustannie.
Jedna szansa.
Jeśli teraz chybi, być może już pożegna się z perspektywą wygranej.
Jedna, jedyna szansa.
- Drętwota-szepnęła, a z jej różdżki wypłynęło światło.
Udało jej się, udało się! Lucjusz pada drętwo na trawę. Narcyza bez zastanowienia klęka przy nim i z oszołomieniem malowanym na kamiennej twarzy dotyka jego policzka.
- Drętwota-szepnęła po raz drugi.
Narcyza zwinnie umknęła przed promieniem. Jak to możliwe, że wciąż nie krzyknęła alarmująco do swoich towarzyszy? Jest w szoku? Boi się? Nie jest śmierciożerczynią z wyboru? Nie widzi bladej, ubrudzonej twarzy pod krzewem?
- Drętwota!-szepnęła dziewczynka po raz trzeci, a jej serce biło coraz szybciej.
Udało się. Kobieta leżała bezwładnie na piersi męża. Julie wyskoczyła z ukrycia i podeszła do brata.
- Jesteś... niesamowita!-szepnął jej do ucha przerażony chłopak.
- Nie ma czasu. Ugaśmy pożar i wchodzimy do domu.
- Jeśli wszystko to ugasimy...
- Nie Harry, nie zrobimy po twojemu. Leżąc pod krzakami przemyślałam wszystko dokładnie-mówiła tak cicho, jak tylko się dało.-Gaś tak, żebyśmy mogli wejść do środka i się tam zamknąć.
Używając Aquamenti udało im się pozbyć płomieni sprzed wejścia, gdzie było najgorzej.
- Idź po mamę, a ja zrobię nam przejście. Już, szybko-szeptała.
Otworzyła drzwi i zaczęła torować drogę zaklęciami. Kiedy udało jej się dostać do środka, ujrzała płonące ściany. Ogień dosłownie pożerał dobytek Potterów. Gasiła płomienie, które jej zagrażały, odsuwała wszystko i robiła miejsce. Szybciej, Harry, oni zaraz tam będą! Bellatrix prawdopodobnie zdążyła zbadać całą Dolinę Godryka! A reszta? Jakim cudem dwójka mężczyzn tak długo przeszukuje niewielki ogródek? Wreszcie pojawił się chłopak i wniósł mamę w bezpieczne miejsce, a następnie zamknął drzwi od środka.
- Idziemy do drugiej części budynku. Stamtąd będziemy wypatrywać ich. Kiedy przestaną wszystko przeszukiwać, wrócą, aby przekazać Malfoyom, że mnie nie ma-tłumaczyła rudowłosa.-Kiedy będą ustawieni w ten sposób, że nie będą mogli nas zobaczyć, postaramy się ich oszołomić. Stąd, z okna. Trafimy, ile trafimy... ale przynajmniej jest szansa, że z przodu zostanie potem tylko Bellatrix, którą we dwójkę pokonamy bez większej ilości problemów.
- Potrzebujecie mnie może?-usłyszeli głos z rogu pokoju.
- Mamo!-Julie podbiegła do niej z uśmiechem.-Wyczekuj Bellatrix, proszę. Po tej stronie domu. I oczywiście, gaś pożar. Kiedy ją zobaczysz, postaraj się oszołomić, ale...
- Julie-przerwała jej kobieta.-Raz dałam się trafić, drugiego razu nie będzie. Idę walczyć z tą su... z Lestrange oczywiście-zaśmiała się nerwowo.-To będzie sprawiedliwy pojedynek. Nie ma ze mną szans.
Rodzeństwo chciało ją powstrzymać, ale cóż... wybiegła z domu jak petarda. Jak głodny zemsty morderca.
- Nie sądzisz, że walka byłaby prostsza?-spytał Harry-Jeśli teraz zaprzepaścimy nasze szanse, ta trójka dopadnie mamę.
- Jak zwykle musi krzyżować mi plany-warknęła Julie z irytacją.-Idziemy. Dwoje na dwóch. Cztery pary oczu.
Wybiegli z domu tylnym wyjściem. Brat zniknął jej z oczu od razu, kryjąc się za drzewem. Dziewczyna pobiegła w przeciwną stronę i rozejrzała się po ogrodzie. Wpadła na genialny plan: nie myśleć. Koniec krycia się, planowania i bzdurnych podchodów! Czas na walkę. Bezmyślne miotanie oszałamiaczami.
Biegła przed siebie, widząc cel przed sobą. Trawa szelściła pod jej stopami i była przekonana, że wysoki mężczyzna ją słyszy, ale ten ani drgnął. Czyżby jednak dane im było wygrać to starcie?
- Drętwota-krzyknęła ile sił w płucach. Czy się udało? Nie, ewidentnie. Zrobił krok w bok!
- Expelliarmus-odkrzyknął, ale jego zaklęcie chybiło o metr.
Julie miała wrażenie, że zapomina inne zaklęcia. Drętwota, drętwota, drętwota!
- DRĘTWOTA!
Znowu uskoczył... cholernie zwinny.
- Sectumsempra!-ryknął głośniej, ale jego zaklęcie chybiło-tym razem tylko o kilka centymetrów.
- Expelliarmus-rzuciła zaklęcie.
Wreszcie! Różdżka wyleciała w górę. I znowu...
- Drętwota!-krzyczała coraz głośniej.
Chybiła! Co się dzieje?
- Drętwota! To nie ma sensu. Skoro już i tak wszystko zniszczone...-Julie powstrzymywała łzy w oczach. Była z tych osób, które każdą porażkę przyjmują dobitniej. Może dlatego, że zazwyczaj była idealna?
- Bombarda maxima!-ryknęła.
Przysłoniła oczy i wpatrywała się w wybuch, przed którym mężczyzna nie zdążył umknąć. Nie wiedziała, dlaczego, ale ciążyło na niej teraz poczucie winy: zniszczyła starannie pielęgnowany ogródek magicznych roślin Lily...
Trudno, wybaczy.
Wypatrzyła Harry'ego walczącego z otyłym facetem na drugim końcu ogrodu. Zobaczyła, jak mężczyzna pada. Zobaczyła błysk w oku brata. Zobaczyła jego łobuzerski uśmiech i skinięcie głowy. Coś wewnątrz szarpnęło ją i kazało biec na przód. Przedarła się przez krzaki i praktycznie równo z Harrym wbiegła na podjazd, gdzie Lily zacięcie walczyła z Bellatrix.
Biegła w ich stronę.
Biegła z bijącym sercem.
Nie zwracała uwagi na gałęzie drapiące jej nogi.
Biegła, chciała jej pomóc.
Biegła.
Przewróciła się na trawę, była już zbyt zmęczona.
Siedząc bezradnie z różdżką w dłoni zobaczyła, jak Lestrange pada na kolana z krzykiem.
- Udało nam się!-ryknął Harry z drugiego końca ogrodu.
- Udało się-szepnęła do siebie.
Podniosła głowę. Chmury zbierały się na niebie. Brat podbiegł i objął ją czule z uśmiechem na twarzy. A Lily? Lily siedziała na trawie śmiejąc się do nieba. Patrzyli na nią, trzymając się za ręce. Ten widok ogrzewał im serca.

czwartek, 28 kwietnia 2016

King's Cross #16

Gwar na korytarzach ucichł już do minimum. Mało kto teraz wychodził z pokojów wspólnych i dormitoriów. Wszyscy czule żegnali się ze swoimi przyjaciółmi. Za trzy godziny miał wyruszyć pociąg do Londynu, na dworzec King's Cross. Jedni z nich cieszyli się, że wracają do rodziny, a inni rozpaczali na myśl o opuszczeniu przyjaciół.
Kufry stały już ustawione w pokojach wspólnych, a rudowłosa siedziała sama na kanapie.
- Julie?-szturchnęła ją Janette Hoppling z pierwszej klasy i przysiadła się obok.-Dziękuję, że mi pomagałaś, teraz już rozumiem eliksiry.
Julie uśmiechnęła się do jedenastolatki.
- Hej, ludzie-krzyknął Alan Jetson, wysoki piętnastolatek.-Musimy schodzić do Wielkiej Sali.
Miał rację. Za pięć minut miała zacząć się uczta pożegnalna. Wszyscy wstali z miejsc i powoli zaczęli się wytłaczać z pokoju wspólnego. Kiedy dotarli na miejsce, stoły innych domów były już prawie zapełnione. Usiedli na swoich miejscach i czekali, aż nadejdzie przemowa. Wkrótce dyrektor wyszedł na środek sali.
- Witajcie-uśmiechnął się.-Jak widzę, wszyscy są weseli! Dzisiaj żegnacie Hogwart, niektórzy z was już na zawsze... ale zanim zacznę przemawiać... wsuwajcie!
I wszyscy rzucili się na misy pełne potraw.
Po śniadaniu Dumbledore nie powiedział nic interesującego, jedynie pożegnał ich i życzył miłych wakacji, spełnienia marzeń dla absolwentów i tego typu rzeczy.
Ślizgoni wstali prawie całą grupą i poszli do pokoju wspólnego. Tam odbyły się ostatnie pożegnania, a kilkanaście minut później uczniowie stali z kuframi na dziedzińcu.
Nie minęło wiele czasu, zanim uczniowie zaczęli szumnie wtłaczać się do pociągu i szukać przedziałów. Julie zajęła pusty i rozsiadła się wygodnie. Pociąg ruszył.
Zapowiadała się długa, nudna podróż. Gdy dziewczynka kupiła kilka paczek słodyczy, zaczęła zajadać się nimi w samotności. Gdy po kilku minutach drzwi przedziału się rozwarły, stanęli przed nią Harry, Hermiona oraz Ron.
- Cześć-powiedział spokojnie Harry.-Możemy się dosiąść?
- Mhm-mruknęła dziewczynka.
Trójka rozsiadła się w przedziale i zapadło milczenie.
- Julie?-odezwał się czarnowłosy.-Możemy pogadać na osobności?
Dziewczynka wstała. W pociągu huczały śmiechy i krzyki uczniów. Wyszli razem z przedziału i stanęli na korytarzu.
- Wierzę ci-westchnął chłopak.-Widziałem ojca. Przepraszam, że cię oskarżałem o kłamstwa. Ja... widziałem go w pokoju życzeń... przepraszam. To brzmiało tak nierealnie, zdawało mi się bez sensu, żeby on żył-wyjąkał.
Julie wyszczerzyła zęby i westchnęła.
- Nie szkodzi, tata miał rację, w końcu gramy po jednej stronie-powiedziała.
- I co teraz zrobimy?-spytał.
- Nic-mruknęła i przytuliła brata.-Poczekamy na niego.
Chłopak odwzajemnił uścisk i zamknął oczy. Poczuł się tak jak kiedyś-jego mała, kochana siostrzyczka, urocza, dziecinna Julie powróciła.
- Musimy porozmawiać z mamą. Wydaje mi się, że ona coś wie na ten temat-stwierdziła dziewczynka.
Harry przytaknął i weszli znów od  przedziału. Hermiona i Ron siedzieli tam zajadając czekoladowe żaby.
- Julie, słuchaj, moglibyśmy się już pogodzić-zaczęła dziewczyna.-Kłótnie nic nam...
- Wszystko jest okej-uśmiechnęła się Julie.-Teraz gramy po tej samej stronie.
Piętnastolatka wytrzeszczyła brązowe oczy i zmarszczyła czoło. Spostrzegła, jak młodsza podaje jej rękę na znak zgody i odwzajemniła gest drżącą dłonią.
Rudowłosa spojrzała na Weasleya, który zapchał sobie usta czekoladą i nie raczył na nią spojrzeć.
- A ty?-spytała.-Grasz z nami czy przeciw nam?
Chłopak westchnął i niepewnie skinął głową. Zasiedli razem w przedziale.
- Nareszcie dobrze-powiedział Harry.-Fasolkę?
- Poproszę-odpowiedziała Julie i wzięła fasolkę z pudełka.-Dawno nie jadłam.
- Dzięki-mruknął Ron. Włożył rękę do środka i chwycił żółtą.
- Ja podziękuję-uśmiechnęła się Hermiona.-Nie mam ochoty.
Przez kilka minut zajadali się ohydnymi fasolkami i zaśmiewali do rozpuku razem z najstarszą towarzyszką. Mimo wszystko Ron nadal był nachmurzny, odpowiadał krótko, zwięźle i opryskliwie, a z własnej inicjatywy nie odezwał się ni jeden raz.
Wkrótce, po godzinie swawoli, która panowała w wagonie, Hermiona podjęła trudny temat.
- Harry, co zamierzacie teraz zrobić? Skoro wiemy, że to wszystko jest prawdą...
- Ehe, naprawdę wierzycie?-nie wytrzymał Weasley.
- Ron!-warknęła dziewczyna.-Myślisz, że Harry sobie to wymyślił?
- Ja jej po prostu... nie ufam.
- Ja naprawdę go widziałem-powiedział Potter.
- Powinieneś się upewnić.
- Przestań już!-krzyknęła Hermiona.-Nie dość ci wszystkich kłótni? Proszę, uwierz, on nadal żyje. Nie rozumiesz tego? Ron... kretynie!
- Okej, słuchaj, Hermiona. Nie chcę się kłócić, ale to jest przecież nierealne, nawet z perspektywy doświadczeń i czasu, przyśniło mu się to i tyle-powiedział rudowłosy.
-  SKĄD MOŻESZ WIEDZIEĆ?!-ryknął Harry i wziął głęboki oddech.-Skąd wiesz, co mi się śniło, a co było prawdą?
Weasley zamilkł.
- Dnia bez kłótni nie przeżyjesz-rzuciła Hermiona.
Zapadła cisza.

Minęło kilka godzin. Lasy, które otaczały ich od dłuższego czasu, zaczęły zanikać. Za piętnaście minut mieli wjechać do Londynu i zatrzymać się na King's Cross. Zaczęli dzielić się słodyczami po równo i pakowali bagaż podręczny. Zajęło im to długo, bo wszyscy uczestniczyli w poszukiwaniach "cennej" kuli (kryształowej) Rona. Jak mówiła Hermiona, była to bezużyteczna, mało wiarygodna zabawka, która sprawdzała się równie bardzo, jak przepowiednie Trelawney. Wkrótce, gdy udało im się zabrać bagaże i ściągnąć kufry z pułek, pociąg zatrzymał się na peronie 9 i 3/4. Wstali i zatrzymali się, czekając, aż z pociągu wyjdzie część uczniów. Udało im się wreszcie wyjść z przedziału, przepchali się w tłumie do drzwi i wyskoczyli ze środka, biorąc do płuc wielką ilość zanieczyszczonego londyńskiego powietrza. Harry ujął dłoń siostry i pociągnął za sobą. Tłumy nadal wytłaczały się z wagonów i wkrótce stracili z oczu Rona i Hermionę.
Rodzeństwo na próżno przepychało się między młodymi czarodziejami i ich rodzicami. Nie potrafili dostać się przez nich do matki, którą spostrzegli na samym końcu peronu. 
Po kilku minutach wysiłku udało im się przejść i popędzili razem w stronę rudowłosej kobiety ubranej w zwiewną miętową sukienkę. Lily patrzyła na nich z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Cześć, mamo-uśmiechnął się chłopak.
- Ale się stęskniłam!-zawołała kobieta.-Nawet nie macie pojęcia, jak tęskniłam-powiedziała, przytulając rodzeństwo z uśmiechem.
- Witaj, mamo-powiedziała Julie, wtulając się mocniej.
- Chodźcie, musimy już iść. Musicie mi opowiedzieć wszystko.
Poszli więc, rozpędzając się coraz bardziej, a gdy biegli już, podążali w stronę muru. I tak znaleźli się po kolei między peronem dziewiątym a dziesiątym na londyńskim King's Cross. Ich samochód stał zaparkowany nieopodal dworca, więc wsiedli do niego i jak każdy zwyczajny mugol pojechali do domu.
Gdy znaleźli się wreszcie pod ciepłym mieszkaniem, Dolina Godryka była całkowicie pokryta ciemnością. Zaparkowali pod domem i weszli do środka. Lily machnęła różdżką i w kominku rozbłysnęło światło. Mimo że był jeden z ostatnich dni czerwca, wieczór był zimny. Trójka zasiadła razem przy stoliku. Mama machnęła różdżą po raz kolejny i na stole pojawiły się trzy napoje. Przed nią samą wydobywała się para z ciemnego kubka wypełnionego zieloną herbatą z rumiankiem, Harry ściskał już w ręce szklankę schłodzonego mleka, a Julie zabierała się za ciepłe kakao z miodem robione na mleku. Gdy zaczęli wypijać swoje napoje, spędzili na rozmowie o Hogwarcie niespełna godzinę i nadchodziła już dwudziesta trzydzieści.
- Co powiecie na partyjkę jakiejś planszówki?-zagadnęła Lily.
Grali tak w zabawę, która od dzieciństwa sprawiała im przyjemność. Zajęła im ta gra dwie godziny i rzekli, że powinni zająć się tymi przytłaczającymi ich sprawami.
- Mamo, wiedziałaś, że ojciec wciąż żyje?-zaczęła niepewnie dziewczynka.
Lily opróżniła kubek do dna i spojrzała na dzieci z troską.
- Tak-odparła.-Przepraszam, chciałam wam powiedzieć, że gdzieś go widziałam, ale uznalibyście mnie za czubka i przysłalibyście uzdrowiciela ze Świętego Munga-tłumaczyła.-Ojciec pojawil się to dzień przed tym, jak Julie miała po raz pierwszy udać się do Hogwartu. Zmartwiłam się tym wszystkim i stwierdziłam, że nie jest tam już bezpiecznie. Rozmawiałam z Dumbledorem, ale powiedział, że nie mam powodów do obawy, a dzieci dowiedzą się, gdy przyjdzie czas, a James zawsze wybiera dobry moment-opowiadała ze spuszczoną głową.-Dowiedzieliście się, a ja nie mogłam pisać o tym w listach. Byłoby tragedią, gdyby ktoś przechwycił sowę, strażnicy Voldemorta są wszędzie. Nie powinniśmy więc mówić o tym przy ludziach będących jego pupilami, nie mogliśmy mówić o armii Jamesa. Ale ja spotkałam go raptem raz i powiedział mi tylko kilka słów. Chciałam porozmawiać z nim dłużej, chciałam cokolwiek wiedzieć, chciałam, żeby wrócił, ale on był jak hologram. Mówił niewyraźnie i nie chciał słuchać. Musimy po prostu czekać, aż znowu postanowi z nami porozmawiać. A wy? Co się działo?
Rodzeństwo przez długi czas opowiadało o tym wszystkim, co się działo. Udzielali matce wszystkich najmniejszych szczegółów.
Kiedy skończyli swoją opowieść, Lily rozłożyła inną grę planszową. Spędzili przy niej godzinę.
- Teraz two...-zaczęła Julie.
- Stop! Za kilka sekund północ-rzekł Harry.
- I co?
Zegar wybił północ. Mama wstała razem z Harrym i zaczęli śpiewać "sto lat".
- O Boże-wrzasnęła dziewczynka.-Zapomniałam.
Z sufitu posypało się konfetti, a w głośnikach wybuchnęła muzyka. Światła zmieniału kolory co kilka sekund. Lily podbiegła do swojej córki z prezentem.
- Wybiła północ i zaczęła się najpiękniejsza sobota w roku-powiedziała kobieta.-Wszystkiego najlepszego, Julie.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Dla ojca #15

Julie patrzyła w oczy Malfoya. Chłopak splótł palce i wyczekiwał odpowiedzi, świdrując ją wzrokiem.
- Ile mam czekać?-warknął.
- Uważasz, że środek korytarza to odpowiednie miejsce na omawianie twoich podłych planów?-spytała dziewczynka.
- Jak śmiesz?-Draco zacisnął zęby i popchnął ją przed siebie.-Idź, prędzej.
Julie poddała się jego nakazom i poszła przed siebie. Nagle chuda ręka chwyciła ją za ramię i zatrzymała. Malfoy otworzył drzwi pustej klasy i wepchnął dziewczynkę do środka.
- Zgodzisz się-warknął wyciągając różdżkę. Ścisnął ją mocno w dłoni.-Albo wypatroszę ci wnętrzności-uniósł dłoń w górę i wycelował w nią różdżką.-Nienawidzisz go, nienawidzisz go tak samo jak ja, chcesz się go pozbyć, nie chcesz jego i jego wątów mieć przy sobie!-Malfoy dźgnął ją w żebra.-Co z tobą? Wprowadza w twoje życie zamęt, czy nie? Zemścij się razem ze mną! Dlaczego tego nie chcesz?
Julie była przekonana, że blondyna ogarnia panika. Jego głos był wypełniony histerią, a różdżka w ręce zdawała się drżeć. Jego twarz miała nerwowy wyraz.
- Nigdy w życiu!-krzyknęła, wyszarpując mu różdżkę z ręki.-Przestań, uważasz mnie za naiwną? Nawet jeśli jestem młodsza, to-wzięła głęboki oddech-nie jestem głupia, słyszysz? Nie pokonasz mnie nigdy! Nie potrafisz tego zrobić, jesteś zbyt słaby! Nie możesz mną manipulować! Nie uda ci się! Rozumiesz?!
Chłopak stał wciąż w miejscu. Wyglądał, jakby nie wiedział co się dzieje, nadal trzymał wyciąniętą rękę przed sobą.
- Potter, nie myśl sobie, że jesteś bohaterką-otrząsnął się.-To, że nie pomożesz mi zmiażdżyć tego plugawego idioty-przełknął ślinę-to nie znaczy, że sam z nim nie wygram. W zasadzie to dlaczego nie chcesz mi pomóc? Bo mamusia nie wpuści cię do domu? Kocha Harry'ego, a nie Ju...
- DLA OJCA!-ryknęła dziewczynka i zamachnęła się gwałtownie. Jej pięść poleciała w stronę chłopaka, ale blondyn uchwycił jej nadgarstek z prędkością światła.
- I co, Julie?-parsknął.-Uśmiechnij się, życie jest piękne.
- Ty parszywy...-Julie wyrwała obolałą rękę z uścisku Malfoya.
Puściła mu ostatnie nienawistne spojrzenie i poszła w stronę drzwi. Nagle przypomniała sobie, że w lewej dłoni ściska jego różdżkę. Odwróciła się znów w jego stronę i złamała ją. Rozległ się trzask. Dziewczynka rzuciła dwie części na podłogę, uśmiechnęła się szyderczo i wyszła. Gdy zatrzasnęła za sobą drzwi, owiało ją zimne powietrze. Zaśmiała się do siebie i pobiegła korytarzem.

Zbliżał się koniec czerwca. Uczniowie już cieszyli się na samą myśl o wakacjach i wyjazdach do egzotycznych krajów. Niektórzy zaczęli już pakować kufry, inni zaś ograniczali swoje uczestnictwo w lekcjach do zupełnego minimum. Nawet nauczycieli opuścił zapał do wpajania wiedzy na siłę i  coraz częściej dawali uczniom czas wolny. Mało kto spędzał przerwy wewnątrz zamku, a po obiedzie zawsze wszyscy spacerowali po błoniach, rozkoszując się piękną pogodą i widokiem bujnej roślinności zdobiącej okolice zamku.
Tego dnia Julie najadła się niesamowicie. Obiad wypełnił do końca jej głodny żołądek-nabrała sobie dużą porcję nuggetsów, kartofla i sałatkę z kukurydzą, ananasem i serem, popiła szklanką soku z dyni a następnie zabrała się za ogromny puchar z galeretką i owocami ozdobionymi bitą śmietaną. Jak zwykle miała przy sobie czarną torbę na ramię, a w niej najważniejsze rzeczy. Gdy wypiła ostatni łyk soku dyniowego, uśmiechnęła się, złożyła brudne sztućce i naczynia w jedno miejsce, pochwyciła torbę i wyszła z Wielkiej Sali.
Po chwili była już na dworze, a jej twarz owiewało ciepłe, czerwcowe powietrze. Słońce świeciło mocno, jak zazwyczaj w południe. Uczniowie wesoło przechadzali się po łąkach. Dziewczynka samotnie podążała w stronę jeziora, które czekało na nią kilkadziesiąt metrów dalej. Minęło kilka minut, za nim wolnym krokiem dotarła na miejsce i usiadła na miękkiej, zielonej trawie otaczającej taflę wody. Rozejrzała się i wzięła głęboki oddech, po czym oparła się o drzewa i pochwyciła torbę, z której wyciągnęła książkę Tysiące Dni Węża, którą pożyczyła jej niegdyś Elizabeth.
Auć.
Od Beth.
Dziewczynka zaczęła czytać ostatni rozdział. Lektura wciągnęła ją bardzo, nie słyszała wrzasków biegających pierwszoklasistów.
I zostały jej już tylko dwa akapity. Rozejrzała się wokół. W jej stronę wolnym krokiem podążały siostry Angrid.
Nie może dać po sobie poznać, że je widziała.
Wbiła wzrok w przedostatni akapit. Czytała szybko, z bijącym sercem słuchała, jak nadchodzą jej przyjaciółki.
Ostatnie słowa akapitu...
- Cześć Julie-mruknęła Amy.
- Och, cześć-odpowiedziała dziewczynka ze sztucznym zaskoczeniem, wbijając wzrok w torbę.
Beth stała odwrócona tyłem. Wpatrywała się w spokojną toń i nie odezwała się ani razu.
- Ellie, przyszłyśmy tu w określonym celu-mruknęła szesnastolatka.
Dziewczyna poruszyła się. Podniosła swoją torbę z ziemi, a ręce drżały jej niesamowicie. Odwróciła się twarzą do towarzyszek i spojrzała w ziemię spuchniętymi oczyma, a jej zaczerwieniona twarz była pozbawiona wyrazu.
- Błagam, Elizabeth, proszę cię-jęknęła Amy.
- Ja...-zaczęła czternastolatka.-Draco... on jest takim... t-tchórzem... widziałam w nim coś p-pięknego, ale on... wykorzystał moje zaufanie. Chciał mnie zmusić, żebym cię nakłoniła... d-do pomocy...
- I w związku z tym?-spytała Julie.
- Ja go lubiłam... bardzo, rozumiesz? Chciałam dla niego dobrze. Zgodziłam się. Zaczęłam myśleć... pomóc mu... ż-żebyś ty... pomogła... jemu, rozumiesz?
- Zgodziłaś się na pomoc w zamordowaniu brata swojej przyjaciółki-krzyknęła Amy.
- N-nie krzycz  na mnie!-załkała Beth, gorące łzy spłynęły jej po policzkach.-Chciałam, żeby dostrzegł we mnie odwagę!
- Amy, ona jeszcze nic nie zrobiła.-mruknęła Julie.
- N-no właśnie!
- Ale przecież i tak...
- Zdecydowałaś się pomóc mu w czymś, co byłoby dla mnie szkodą-dokończyła cicho rudowłosa.
- P-przepraszam! Nie chciałam tego. On po prostu powiedział, ż-że mam mu pomóc w nakłonieniu ciebie do pomocy... N-nie wiedziałam... o jaką p-pomoc mu chodzi-płakała.
- A podobno młodsi są głupsi-warknęła Amy.-Miałaś przeprosić, bez głupich ceregieli, a ty znowu zrzucasz wszystko na złośliwość rzeczy martwych i żywych. Pójdź stąd, szybciej.
Młodsza siostra otarła twarz mokrą od łez, chwycił swoją torbę i pobiegła w stronę zamku.
- Nigdy nie zrozumie swojego błędu do końca, nawet jeśli przeprasza-powiedziała starsza.-Julie, daj jej jeszcze szansę.
Dziewczynka spojrzała w książkę. Amy wstała i popędziła za siostrą. A ostatnie zdanie opowieści brzmiało:
A on nie przestawał namawiać do złego.

sobota, 9 kwietnia 2016

Po trzynastu latach #14

Nadchodził maj, a wraz z nim cieplejsze dni i noce, a także przyjemniejsze lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami i częstsze wycieczki uczniów po błoniach. Do tej pory jedyną odpowiedzią, jaką Julie otrzymała od matki, była krótka notka o treści "Porozmawiamy w domu". Było to dla niej niezwykle stresujące, tak jak i kolejne problemy w nauce oraz napięte relacje rówieśnicze. Jednak nie wiedziała, że wkrótce stanie się to.

Majowa noc owiała Hogwart. Ciemność ogarniała dormitoria Gryfonów. W jednym z łóżek spał już od czterech godzin Harry Potter. Cisza w tym pokoju byłaby nieznośna dla słuchającego jej człowieka, który byłby w pełni świadom tego, co się dzieje. Jednak tam wszyscy spali jak nieżywi.
O godzinie drugiej pięćdziesiąt osiem czarnowłosy czternastolatek obudził się. I dla niego cisza ta okazała się być nieznośna, bowiem po kilku minutach próby zaśnięcia wstał i wymaszerował do pokoju wspólmego Gryffindoru. W kominku iskrzyły się ostatnie płomyki. Usiadł na szerokiej kanapie.
Harry westchnął ciężko. Siostra od miesięcy męczyła go, twierdząc że ich ojciec żyje, a Voldemort przygotowuje zamieszki. Po ostatnich czterech nieprzespanych nocach pełnych myśli doszedł do wniosku, że w tej nieprawdopodobnej historii może być cienka nić prawdy, której wcześniej nie dostrzegł. Wstał i na palcach poszedł do dormitorium. Wyciągnął z kufra pelerynę niewidkę i chwycił różdżkę. Gdy wyszedł na korytarz, stwierdził z irytacją, że panuje tam równie przenikliwa cisza, jak w dormitorium. Mimo to szedł przed siebie. Idąc wolnym krokiem rozglądał się wokół i obserwują każdy kąt korytarza. Słyszał przerywający ciszę odgłos kapiącej wody.
Nagle zobaczył przed sobą to, co zobaczyć chciał. Przed jego oczami pojawiły się olbrzymie drzwi. Znajdowały się we wnęce, a zdobienia wyglądały wyjątkowo skomplikowanie. Był pewny, że to one-drzwi do Pokoju Życzeń.
Harry uśmiechnął się do siebie. Po co w ogóle to robi? Pociągnął za klamkę, otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Gdy postawił pierwszy krok za progiem, drzwi zniknęły za nim. Wziął głęboki oddech.
- Jest tu ktoś?-krzyknął.-Zmarły ojciec, albo coś takiego?
Po wysłuchaniu chwili głuchej ciszy parsknął śmiechem.
- Harry, idioto, na co liczyłeś?-powiedział do siebie.
Rozejrzał się. Pokój miał brudne, szare ściany i drewnianą podłogę. Nie było tam nic poza tanim żyrandolem zwisającym krzywo z sufitu. Na podłodze kłębił się kurz, a najdalsze zakamarki pokoju były zupełnie ciemne, światło starej lampy nie docierało do nich. 
- Dziecko z wybujałą fantazją-mruknął do siebie.-Ty głupia dziewczynko... prześmiewczo traktować moją rodzinę... Och, tatusiu, uratuj mnie!-mówił sarkastycznym tonem.-Będziemy razem do końca życia, wróć!
Harry kopnął w ścianę.
- Kiedy uwierzysz?-odezwał się głos.
Chłopak odwrócił się z przerażeniem.
- Wiem, że to nieprawdopodobne, ale zawsze miałem nadzieję, że jesteś do mnie podobny, a ty po prostu unikasz jakichkolwiek fantazji...-kontynuował James. Wyszedł z ciemnego kąta z załamaną miną.-Przepraszam cię, synu, że musiałes czekać na mnie przez trzynaście lat. Przepraszam, że mnie tu nie było. A ja ciebie obserwowałem, Harry. Nie mogłem się ujawnić, bo... nikt nie powinien wiedzieć. Plotki szybko się rozchodzą.
- Ty naprawdę... naprawdę żyjesz?-wyjąkał przerażony chłopak.
- Naprawdę-mężczyzna wbił wzrok w podłogę.-I jestem tu, aby chronić ciebie, mamę i Julie.

Serce dziewczynki biło szybciej. Ze zdenerwowaniem mięła spódniczkę. Było cicho, słychać było jedynie przewracanie kartek.
- Potter, Julie.
Coś ukłuło ją w żołądku. Westchnęła i wstała z ławki. Wyszła na środek klasy, patrząc w podłogę. Spojrzała na nauczycielkę.
- Zamień tą mysz w pucharek-rzekła McGonagall, stawiając klatkę na pulpit.
- Tylko tyle?-mruknęła przerażona Julie.
- Cóż, dzisiaj zdajemy transmutację gryzoni-powiedziała kobieta z irytacją.-Ale jeśli chcesz, możesz już u mnie zaliczać SUMy.
Dziewczynka odetchnęła z ulgą.
- Przepraszam, pani profesor.
Przystąpiła do wykonania swojego zadania. Już po kilkunastu sekundach wróciła do ławki.
- Wybitny-uśmiechnęła się do Darrien, chudej dziewczynki, która siedziała z nią w ławce.
- Super. Tylko następnym razem słuchaj, co się dzieje, bo ta kobieta ci da popalić, jak się dowie, że na lekcjach... piszesz pamiętnik-poprosiła blondwłosa.
- Och, przestań. Póki nie zaczniemy czegoś nowego, nie może mi nic zarzucić.
- Tak, ale...
- SORRENO DARRIEN, ILE MAM POWTARZAĆ?-rozległ się donośny głos McGonagall.
Darrien wstała i podeszła do pulpitu z krótkim "przepraszam".
Julie patrzyła, jak koleżanka podchodzi do nauczycielki. Po chwili schyliła się pod ławkę i wyciągnęła wielki, czarny notes. Otworzyła go na stronie w połowie i zapisała kilka słów. Wyjrzała przez okno, po czym napisała następne dwa zdania, zamknęła zeszyt i gdy Darrien wracała, włożyła go znów do torby.
Lekcja minęła. Profesor McGonagall wpisywała oceny za transmutację gryzoni, a oni mieli sporządzać notatki z kolejnego tematu.
Julie ustawiła się w kolejce do drzwi. Uczniowie wytłaczali się teraz z klas, a korytarz zapełnił się. Uszy dziewczynki wypełnił gwar: rozmowy i szum. Gdy szła na eliksiry, musiała się przeciskać między ciasnymi grupkami uczniów.
Wreszcie udało jej się dotrzeć do klasy. Prawie cała grupa uczniów siedziała już w ławkach. Ciemna sala była wypełniona nieprzyjemnym, duszącym zapachem.
- Idioci-mruknęła Darrien, patrząc na Mugby'ego Hubstone'a, który wraz ze Stephenem Courtsem patrzył na swój niebezpiecznje bulgocący kociołek.
Julie usiadła w pierwszej ławce i rozłożyła rzeczy. Przypatrywała się rówieśnikom mieszającym coś w kociołku.
Po kilku minutach do klasy wszedł Snape. Trzymał w ramionach kilka opasłych ksiąg, które po chwili położył na biurku. Uczniowie nie zwracali na niego uwagi. W powietrzu latały papierki, a klasa ciągle zachowywała się głośno. Usiadł na krześle i zaczął przeglądać swoje notatki. Minęło kilka minut, zanim stracił cierpliwość.
Nauczyciel wyszedł na środek klasy i rozejrzał się. Zmierzył uczniów wzrokiem i spotrzegł, że w ciemnej sali Gryfoni całą grupą siedzą w ostatnich ławkach i chowają się za rówieśnikami. Nagle rozległ się huk. Kilka dziewcząt pisnęło i spostrzegli ksiegę leżącą u stóp profesora.
- Minus pięć dla Gryffindoru za...-zatrzymał się-nieaktywne uczestniczenie w lekcji-słowa te wypowiedział z satysfakcją w głosie.
- Za co?!-krzyknął Alan McBurty z tyłu.
- Och, coś się nie podoba?-zakpił Snape.-Jeszcze jedno minus pięć.
Chłopiec ucichł. Ślizgoni zarechotali. Tylko Julie kuliła się nieśmiało w pierwszej  ławce.
- Slytherin traci pięć punktów za przeszkadzanie w trakcie lekcji.-powiedział mężczyzna.
- Profesorze!-jęknęła Darrien.
- Tak, Sorreno? Wiesz może, jak przygotować eliksir wielosokowy?
- Nie omawialiśmy tego...-mruknęła zawstydzona dziewczyna, odgarniając długie, złote włosy.
- Minus pięć za wtrącanie się i minus pięć za wiedzę-powiedział z kamienną twarzą.
Klasa była cicho. Gryfoni coraz bardziej kulili się z tyłu.
- Gryffindor traci dziesięć punktów za nieuwagę-rzekł.-Potter, idź do biblioteki po Wszelkie Antidota Berty Johnson. Zapomniałem wziąć.
Rudowłosa wstała z ławki, uśmiechając się przymilnie do nauczyciela. Czym prędzej podeszła do drzwi i zniknęła za rogiem.
Gdy oddaliła się od nieprzyjemnej, ciemnej sali, zrobiło jej się lżej na sercu. Miała wrażenie, że z tygodnia na tydzień profesor staje się coraz bardziej nerwowy i odejmuje punktów za każdą drobnostkę-im, jego podopiecznym.
Szła korytarzem, nie zważając na dziwne odgłosy dochodzące zewsząd. Nagle, gdy skręciła w boczny korytarz, ktoś chwycił ją za dłoń i pociągnął za sobą. Dziewczyna wstrzymała oddech i spojrzała na blondyna. Draco Malfoy trzymał ją za rękę, rozglądając się niespokojnie po korytarzu. Po chwili puścił jej rękę i spojrzał pytająco na jej bladą ze strachu twarz.
- No to jak będzie?-uśmiechnął się drwiąco.

piątek, 8 kwietnia 2016

Opowieść #13

Na korytarzu zrobiło się jaśniej. Julie wpatrywała się bezmyślnie w brata podążającego w jej stronę. Naszła ją myśl: zaczepić go teraz? Harry stąpał tamtędy wolno i wyminął ją tak, jakby nie zauważył, że tam stoi. Dziewczynka odwróciła się, patrząc na niego z żalem.
- Harry!-zawołała. Czternastolatek odwrócił się i spojrzał jej w oczy z odległości kilku metrów.-Zaczekaj, musimy porozmawiać.
Było cicho. Chłopak podszedł do Julie.
- Na błonia?-spytał krótko.
Dziewczynka kiwnęła głową i podążyli w stronę wyjścia. Po kilku minutach milczenia wyszli na dwór. Pogoda była piękna.
Niewiele minęło, nim stanęli nad jeziorem wpatrując się w spokojną taflę wody.
- Dzisiejszego ranka nie umiałam spać-zaczęła Julie cicho.
- I co, o tym chcesz porozmawiać? Jeśli tak, to już mogę się stąd wynieść.
- Nie-parsknęła.-Ja... wyszłam z dormitorium. Okazało się, że jest bardzo wcześnie, a głowa mi pękała, więc... więc wyszłam na korytarz, bo stwierdziłam, że spacer mi pomoże.
- Wybacz, ale nie jestem lekarzem i nie mam zamiaru udzielać ci porad medycznych na temat problemów ze snem-warknął, odwracając się i stawiając pierwsze kroki w stronę zamku.
- Znalazłam pokój-krzyknęła w jego stronę. Gdy zatrzymał się, kontynuowała-Wielkie, duże drzwi. Weszłam do środka i wtedy drzwi zniknęły. Usłyszałam czyjś głos.
Harry patrzył na nią uważnie.
- To był pokój życzeń, Harry. Wiesz, co to za miejsce?
- Pojawia się, gdy czegoś potrzebujesz-odparł.
- Pojawił się, bo potrzebowałam wsparcia i pomocy. Potrzebowałam osoby, która mi to wszystko wytłumaczy i porozmawia ze mną. Wiem, że masz mnie dość, Harry, ale ja wcale nie mam urojeń.
- I niby co tam znalazłaś?-mruknął z irytacją.
- Harry... tam był tata. On walczy z Voldemortem. Ta wojna się jeszcze nie skończyła, rozumiesz?
Czternastolatek parsknął śmiechem. Otarł twarz dłońmi i z politowaniem spojrzał na siostrę.
- Myślisz, że uwierzę w twoje głupie urojenia? Udowodnisz mi to? Oczywiście, że nie. Jesteś naiwnym dzieciakiem. Nie rozróżniasz marzeń i snów od rzeczywistości. Bądź realistką. I co, nieboszczyk Potter nagle wyszedł zza grobu i z tobą rozmawiał?-prześmiewczy ton chłopaka wskazywał na rozbawienie sytuacją.-Z e j d ź n a z i e m i ę. Kiedy będziesz w moim wieku, pogodzisz się z tym, że ten tchórz nie żyje.
W Julie coś pękło.
- Jak możesz nazywać go tchórzem?!-wybuchnęła.-Nie znałeś go! Spędziłeś z nim raptem rok, a jeśli nawet trzymamy się twojej wersji, że zginął... zginął, walcząc o honor swojej rodziny! Zginął, ratując mnie i ciebie, zginął poświęcając się dla mamy!-wzięła głęboki oddech.-Ale ty jeszcze nie wiesz... nie znasz prawdy. Nasz ojciec żyje i chce nas uratować, nie rozumiesz? Lord Voldemort żyje.
- Masz dwanaście lat, ale to nie znaczy, że jesteś nierozumnym dzieckiem. Możesz wreszcie ogarnąć fakt, że ojciec zginął prawie trzynaście lat temu?-wykrzyczał.
- Przepraszam, Harry, obiecałam mu, że się pogodzimy.
Zapadła cisza. W głowie chłopaka nastąpiła burza.
- Słuchaj, uznajmy, że żyjemy we wstępnej zgodzie. Uznajmy, że ci wierzę. Ale uznajmy też, że nie masz podstaw, żeby wmawiać mi to, że ojciec żyje.
Dziewczynka kiwnęła głową i odeszła.

♥♥♥

Była sobota, więc resztę dnia Julie spędziła w pokoju wspólnym Ślizgonów. Czytała książki, odrabiała zadania i spała. Nie mogła się przemóc. Bała się rozmawiać z Malfoyem, ze swoimi przyjaciółkami, z Harrym. Nie potrafiła wykrztusić ani słowa, gdy jej rówiesniczka-Abby Abelgard spytała ją o pracę domową z eliksirów. Rozmowa z bratem wstrząsnęła nią. Jak chłopak w ogóle mógł wypowiadać tak niesłuszne i mijające się z prawdą słowa? Leżąc na kanapie Julie machnęła różdżką. W jednej chwili na stoliku stała szklanka pełna wody. Dziewczynka usiadła i wzięła duży łyk. Co ona by sobie pomyślała, gdyby była na miejscu Harry'ego? Oczywiście, że stwierdziłaby, że to bajka i łgarstwo szyte grubymi nićmi. Musiałaby dostać dowody, aby móc uwierzyć w tak nieprawdopodobną historię. Wstała, odkładając szklankę na stół. Pobiegła do dormitorium i wzięła kawałek pergaminu, pióro oraz kałamarz. Znów zeszła do pokoju wspólnego, rozłożyła rzeczy na stole, zamoczyła pióro w atramencie i zaczęła pisać. Co chwilę popijając wodę starała się napisać starannie długi, poetycki list i wyszło jej to wręcz kaligraficznie.

Droga mamusiu,
Jak Ci się wiedzie u nas, w dolinie Godryka? Mam nadzieję, że w porządku. Czy wszystkie sprawy mają się jak należy?
Piszę do Ciebie z pewną niezwykłą sprawą, która ostatnio pochłonęła mój czas. Dzisiejszego ranka wstałam wcześnie. Jakaś magiczna siła ciągnęła mnie przed siebie, a optymistyczne myśli sprzyjały wędrówce. Czy może być coś lepszego niż miły spacer o poranku? Otóż tak. Lepszy może być długi spacer o poranku prowadzący do punktu mojego życiowego szczęścia.
Na swojej drodze po raz drugi już spotkałam osobę, która daje mi siłę i chęć do dalszej walki o dobro tego świata.
Dzisiejszego dnia kolejny raz ujrzałam mego ojca, który przez tyle lat uznawany był za nieżywego i nie okazywał żadnych działań przez prawie trzynaście lat, gdy rozpaczano po nim. A teraz, gdy pogodziliśmy się ostatecznie z jego śmiercią, wraca i mówi, że jego śmierć nie była prawdziwa, a ostateczne starcie dopiero nastąpi.
Lord Voldemort żyje, a ojciec przychodzi nam z pomocą. Oddziały jego ludzi  przygotowują się na wojnę.
Zdaję sobie sprawę, że nie uwierzysz mi na słowo. Pisana czy mówiona, wiem, iż zawsze będzie to historia niewiarygodna. Jednak ojciec polecił mi, abym zażegnała konflikt, póki mogę to zrobić. Więc rozmawiałam z Harrym na temat tego wydarzenia, jednak on nie chciał słyszeć ode mnie tych, według niego, wyssanych z palca bajek.
Czy ty zrozumiesz mnie i poradzisz mi odpowiednie czyny? Błagam cię o pomoc, gdyż wiem, że zawsze wysłuchujesz mnie do końca.
Dziękuję za każdą odpowiedź, jaką od Ciebie dostanę, ale nie narażaj mnie na długą niepewność i brak informacji.
Czekam niecierpliwie.
Twoja kochająca córka, Juliet.

Dziewczynka odłożyła pióro i opadła na kanapę. Pisała ten list przez godzinę, układając słowa i poruszając ręką staranniej niż zwykle. Po kilku minutach bezczynnego siedzenia wstała. Spojrzała na pergamin i zaczęła zawijać list. Jednym nieuważnym ruchem trąciła kałamarz, który spadł na podłogę i roztrzaskał się. Wielka plama atramentu widoczna była na miękkim, szarawym dywanie.
- Chłoszczyść-mruknęła Julie, machając różdżką.
Atrament zanikł ekspresowo, a kałamarz zniknął z podłogi. Chyba trzeba będzie zainwestować w nowy atrament.
W pokoju nagle pojawiły się siostry Angrid. Rozmawiały ze sobą szeptem, a gdy zobaczyły dziewczynkę zwijającą pergamin, zatrzymały zię gwałtownie.
- Cześć-uśmiechnęła się Julie wiążąc wstążkę wokół pergaminu.
- Cześć-odpowiedziały jednocześnie i równie chłodno.
- Muszę wysłać list, idziecie ze mną do sowiarni?
- Niezbyt mogę...-jęknęła Beth.
- Idziemy, Ellie-syknęła Amy.-Nie mamy nic innego do roboty.
Julie omiotła przyjaciółki podejrzliwym spojrzeniem. Po kilku sekundach ciszy wstała i udały się razem w stronę wieży.
Wkrótce doszły do sowiarni. Przywiązując list do nogi swojej sowy, Pisklatki, dziewczynka spytała:
- Czemu mnie tak unikacie?
Siostry spojrzały na siebie z przerażeniem. Amy wzięła głęboki wdech i wypaliła, patrząc na siostrę:
- Zmusili nas do tego, Julie, to był... trochę... szantaż.
- Co był szantaż?-warknęła dziewczynka.
- Malfoy kazał nam Cię przekonać-pisnęła Elizabeth.
- Do czego?
- Do pomocy-jęknęła starsza.
- Groził wam?-spytała Julie.
Elizabeth spuściła głowę. Łza spłynęła jej po policzku. Odwróciła się i wyszła z sowiarni.
- Elizabeth na początku roku zakochała się w tym gościu. Miała na jego punkcie totalnego świra. Draco to, Draco tamto. Gadała o nim, jakby był Bogiem-tłumaczyła Amy.-W końcu, pewnego wieczoru, gdy nie umiałam spać, poszłam do pokoju wspólnego. Głupiutkie czternastolatki... Usłyszałam, jak Malfoy obiecuje jej wierność do końca życia. Pod jednym warunkiem: zmusi ciebie do pomocy w eliminacji Harry'ego Pottera. Kazał jej to zrobić jak najszybciej, a ona... zaślepiona swoim, pożal się Boże, nastoletnim zauroczeniem przytaknęła mu i poszła do dormitorium. Kiedy tam poszłam, myślała nad czymś. Opowiedziała mi to, Julie. Ja... ja nie mogę uwierzyć, że się zgodziła.
Julie też nie mogła uwierzyć. Wypuściła sowę na zewnątrz. Ta historia była coraz bardziej pokręcona. Do tego... Elizabeth i Malfoy? Bez sensu.
- Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. Robi się późno. Muszę już iść. Dobranoc.
I zeszła po schodach w dół, patrząc przed siebie. W końcu trafiła do dormitorium, opadła na łóżko i zmożył ją sen.